Francuskie wybory samorządowe rzadko elektryzują opinię publiczną poza granicami Francji. Tym razem jest inaczej – niedzielne głosowanie w pierwszej turze wyborów na merów i radnych stało się poligonem doświadczalnym dla Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, które w ogólnokrajowych sondażach prowadzi przed wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na 2027 rok. To już nie tylko lokalna polityka – to próba generalna przed walką o najwyższy urząd w państwie.
Dwuetapowy system wyborczy sprawia, że w mniejszych gminach zwycięzcy mogli zostać wyłonieni już w niedzielę – pod warunkiem zdobycia ponad 50 procent głosów. W większych miastach, gdzie bezwzględna większość w pierwszej turze to rzadkość, decydująca dogrywka odbędzie się 22 marca. Partie mają czas do wtorkowego wieczoru na negocjowanie sojuszy, wycofań i paktów, które ukształtują ostateczne wyniki.

Południe Francji – ziemia obiecana skrajnej prawicy
Paradoks Zjednoczenia Narodowego polega na rażącej dysproporcji między siłą ogólnokrajową a słabością lokalną. Partia kontroluje zaledwie około tuzina miast w całej Francji, a jej największym bastionem pozostaje Perpignan – miasto liczące około 122 tysięcy mieszkańców – pod wodzą urzędującego mera Louisa Aliota. To jak drużyna prowadząca w tabeli ligi, która nie potrafi wygrać meczu u siebie.
Sondaże przedwyborcze jasno wskazały strategiczny kierunek ekspansji RN – południową Francję. W Perpignan Aliot był faworytem do reelekcji, potencjalnie już w pierwszej turze.
W Marsylii – drugim co do wielkości mieście kraju – kandydat RN Franck Allisio osiągał w sondażach wyniki bliskie urzędującemu socjalistycznemu merowi Benoît Payanowi, oscylując w granicach 32-35 procent. Zapowiada to wielostronną dogrywkę, szczególnie jeśli lewica ulegnie fragmentacji.
W Nicei sojusznik RN Éric Ciotti zajmował silną pozycję przeciwko urzędującemu Christianowi Estrosiemu. W Tulonie i okolicach Laure Lavalette z RN była postrzegana jako konkurencyjna w regionie, który partia już zdominowała na szczeblu parlamentarnym.
CYNICZNYM OKIEM: Partia, która obiecuje zwykłemu Francuzowi walkę z elitami, rozpaczliwie potrzebuje lokalnych struktur władzy. Bo rewolucja bez merów to tylko gadanie przy kawie.
Te cele odzwierciedlają coś więcej niż ambicje jednej elekcji. Chodzi o budowę lokalnej infrastruktury – pozyskanie radnych i merów zdolnych do mobilizacji wyborców w 2027 roku – oraz przetestowanie słabnącego „Frontu Republikańskiego”, czyli ponadpartyjnej koalicji blokującej skrajną prawicę. Symboliczne zwycięstwo w dużym południowym mieście oznaczałoby przełom.
Frekwencja wskazywała na umiarkowane zaangażowanie – 48,9 procent do godziny 17:00, co jest wynikiem wyraźnie lepszym niż 38,77 procent z dotkniętego pandemią 2020 roku, ale gorszym niż w 2014 roku. Ostateczne szacunki oscylowały wokół 56-58 procent.
Flirt z elitą i bunt starej gwardii
Na lewicy utrzymują się podziały między Socjalistami, a Francją Niepokorną Jean-Luca Mélenchona. Centryści mierzą się z wyzwaniami w takich miastach jak Paryż, gdzie socjalista Emmanuel Grégoire prowadził w wyścigu z Rachidą Dati, czy Hawr, gdzie Édouard Philippe bronił swojego mandatu.
Ale to wewnątrz samego Zjednoczenia Narodowego rozgrywa się najbardziej fascynujący dramat. Le Pen coraz intensywniej zabiega o wsparcie kręgów „starych pieniędzy” – francuskich korporacji i tradycyjnej elity finansowej. Nowy krąg doradców z elitarnym rodowodem umacnia swoje wpływy, przyjmując styl, który – jak donosił The Straits Times – niektórzy urzędnicy partii opisują jako „pozjadanie wszystkich rozumów”.
Ta transformacja drażni starą gwardię. Anonimowi urzędnicy partyjni ostrzegali, że zabieganie o względy wyższych sfer niesie ryzyko zrażenia elektoratu, który napędził wzrost ugrupowania – wyborców od dawna nieufnych wobec finansistów i wpływowych sieci powiązań.
CYNICZNYM OKIEM: Le Pen buduje mosty do elit, które jeszcze wczoraj nazywała wrogami ludu. Polityczna metamorfoza wymaga jedynie amnezji wyborców – a ta, jak wiadomo, jest we Francji towarem ogólnodostępnym.
Dylemat Le Pen i Jordana Bardelli – jej potencjalnego następcy jako kandydata prezydenckiego, w zależności od toczącej się apelacji w sprawie sprzeniewierzenia funduszy UE – jest klasycznym problemem partii antysystemowych dążących do władzy. Technokratyczni doradcy i probiznesowe gesty mogą przynieść finansowanie i wiarygodność, których ugrupowaniu brakowało przez dekady. Ale jednocześnie grożą erozją populistycznej autentyczności stanowiącej fundament poparcia wśród klasy robotniczej.
Dynamika wyborów samorządowych różni się od krajowej – tutaj liczą się kwestie bezpieczeństwa, usług publicznych, handlu narkotykami i lokalnej gospodarki. Pełne wyniki z dużych miast oraz ewentualne postępy RN miały wyjaśnić się w nocy lub w poniedziałek, a drugie tury 22 marca rozstrzygną o losach najgłośniejszych wyścigów.
Nadchodzące dni pokażą, czy strategia „dedemonizacji” Le Pen zdoła pogodzić dwa światy – robotniczy gniew i salonową elegancję – czy też ostrzeżenia partyjnej starej gwardii okażą się prorocze, pozostawiając Zjednoczenie Narodowe blisko władzy, lecz wciąż niezdolne do jej przejęcia.



