Federalna Administracja Lotnictwa wydała zgodę na rozmieszczenie wysokoenergetycznej laserowej broni przeciwdronowej w amerykańskiej przestrzeni powietrznej. Decyzja zapadła po dwumiesięcznym sporze międzyagencyjnym i stanowi przełom w podejściu USA do ochrony nieba przed rosnącym zagrożeniem ze strony tanich dronów kamikadze. Administrator FAA Bryan Bedford potwierdził, że systemy przeszły ocenę bezpieczeństwa, która „wykazała, iż systemy te nie stanowią zwiększonego ryzyka dla pasażerów lotniczych”.

CYNICZNYM OKIEM: Dwa miesiące sporu o to, czy laser może uszkodzić samolot – a przecież wystarczyło zapytać pilotów, którym ktoś już wcześniej świecił wskaźnikiem w kokpit. Biurokracja działa sprawnie, gdy wystarczająco głośno strzeli balon.
Kartele, Iran i luka w obronie powietrznej
Zielone światło FAA otwiera drogę do szerokiego rozmieszczenia systemów laserowych o mocy od 20 do ponad 35 kilowatów wzdłuż południowej granicy USA. Pierwszoplanowym celem jest neutralizacja dronów karteli narkotykowych oraz jednorazowych dronów uderzeniowych, których proliferacja wywołała alarm na najwyższych szczeblach w Waszyngtonie.
Niepokój ten nasilił się szczególnie po tym, jak Iran wykorzystał drony w rejonie Zatoki Perskiej do atakowania centrów danych, infrastruktury cywilnej, a także baz wojskowych USA. To właśnie te incydenty nadały całej sprawie strategiczny wymiar, wykraczający daleko poza ochronę granicy.
Kontrowersje wokół nowej broni mają jednak konkretne, dość kompromitujące tło. 10 lutego Straż Graniczna oddała strzał z lasera do obiektu, który okazał się zwykłym metalowym balonem – co doprowadziło do krótkotrwałego zamknięcia przestrzeni powietrznej nad El Paso. FAA nie sprecyzowała w swoim oświadczeniu, czy uznała, że lasery nie stanowią fizycznego zagrożenia dla samolotów, czy też bezpieczeństwo wynika wyłącznie ze sposobu ich rozmieszczenia. Anonimowy urzędnik agencji stwierdził jedynie, że ryzyko byłoby minimalne – „nawet gdyby wiązka lasera weszła w kontakt z samolotem”.
Po zakończeniu sporu międzyagencyjnego wojsko USA rozważa rozmieszczenie laserów również w Waszyngtonie, by chronić stolicę przed tanimi dronami uderzeniowymi. Kluczową słabością, którą systemy te mają adresować, jest brak taniego, warstwowego systemu przeciwdronowego wokół krytycznej infrastruktury cywilnej – centrów danych, elektrowni, stacji przesyłowych i innych węzłów, gdzie nawet krótkie zakłócenie może wywołać lokalny lub regionalny chaos.
CYNICZNYM OKIEM: Supermocarstwo przez lata budowało tarcze przeciwrakietowe za miliardy dolarów, a teraz gorączkowo szuka taniego lasera, żeby strącić drona wartego tysiąc dolarów. Wyścig zbrojeń rzadko bywa tak upokarzająco asymetryczny.
Wyścig o wypełnienie tej luki niskokosztowymi systemami już trwa, a zgoda FAA jest pierwszym oficjalnym sygnałem, że Waszyngton traktuje zagrożenie dronowe jako problem systemowy – wymagający nie jednorazowej reakcji, lecz trwałej, warstwowej architektury obrony nad własnym terytorium.



