Korea Północna od lat budowała wizerunek wiernego kompana w klubie „państw wyrzutków”, ramię w ramię z Iranem i Rosją. Gdy ponad cztery lata temu rozpoczęła się wojna na Ukrainie, Pjongjang nie zawahał się – zacieśnił współpracę obronną z Moskwą i wysłał tysiące żołnierzy, z których nieujawniona liczba zginęła lub odniosła rany podczas walk z Ukrainą. Wielu ekspertów zakładało, że gdy przyjdzie co do czego, Kim Dzong Un postąpi podobnie wobec Teheranu. Tymczasem okazuje się, że sojusznicza solidarność ma swoje granice – i są one wyznaczane wyłącznie zimną kalkulacją.

CYNICZNYM OKIEM: Sojusz „państw wyrzutków” działa jak polisa ubezpieczeniowa – obowiązuje, dopóki nie trzeba z niej skorzystać.
Seul nie widzi broni, Pjongjang milczy
Według Narodowej Służby Wywiadowczej (NIS) w Seulu nie ma żadnych dowodów na to, by Korea Północna wysyłała broń lub zaopatrzenie do Teheranu od rozpoczęcia amerykańskiej operacji „Epic Fury”. Poseł Park Sun-won, uczestniczący w zamkniętym briefingu wywiadowczym, opisał w niedzielę sytuację jednoznacznie – Korea Północna wcale nie spieszy się z pomocą Republice Islamskiej.
Kontrast z postawą innych sojuszników Iranu jest uderzający. Chiny i Rosja regularnie wydawały oświadczenia w sprawie wojny USA i Izraela przeciwko Iranowi, tymczasem Ministerstwo Spraw Zagranicznych Korei Północnej wydało zaledwie dwa stonowane komunikaty.
Choć Pjongjang formalnie potępił amerykańskie i izraelskie ataki na Iran jako nielegalne, nie złożył publicznych kondolencji po śmierci Najwyższego Przywódcy Ajatollaha Alego Chameneiego. Nie wysłał też depeszy gratulacyjnej, gdy syn Chameneiego, Modżtaba Chamenei, został jego następcą.
Agencja szpiegowska oceniła, że Pjongjang prawdopodobnie przygotowuje grunt pod nowy rozdział dyplomatyczny z USA, gdy tylko konflikt na Bliskim Wschodzie wygaśnie.
Sam Trump faktycznie wspomniał o Korei Północnej kilkakrotnie w poniedziałkowych wypowiedziach z Białego Domu. Zarzucił poprzednim prezydentom, że nie podjęli odpowiednich działań wobec programu nuklearnego Pjongjangu.
„Kim Dzong Un nie miałby broni nuklearnej, gdyby ta praca została wykonana właściwie” – stwierdził, dodając, że jego poprzednicy „bali się podjąć zdecydowane działania”.
CYNICZNYM OKIEM: Pjongjang trzyma się z daleka od przegranego, ale blisko zwycięzcy – to nie polityka, to instynkt przetrwania godny podręcznika ewolucji.
Logika Kim Dzong Una jest brutalna w swojej prostocie. W przypadku Rosji i Ukrainy Korea Północna stoi po stronie silniejszej militarnie potęgi i czuje się swobodnie, wspierając moskiewskiego sojusznika. Iran, dziesiątkowany przez przeważającą amerykańską siłę ognia z powietrza, takiego komfortu nie oferuje. Dysproporcja sił militarnych jest oczywista – i dla Pjongjangu stanowi wystarczający powód, by odłożyć sojuszniczą lojalność na półkę i postawić na znacznie cenniejszy towar – przyszłą rozmowę z Washingtonem.



