Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, przez dekady uważane za sanktuarium globalnej elity, dogorywa w blasku własnych reflektorów. Po latach moralizowania o zrównoważonym rozwoju, równości płci i „prawie do niczego” ten festiwal poprawności politycznej zaczął przypominać kabaret korporacyjnego sumienia. W tym roku nawet jego organizatorzy przyznali, że imprezę trzeba będzie przenieść – może do Dublina, może do Detroit – bliżej „zwykłych ludzi.” Tyle że ani w jednym, ani w drugim mieście zwykłych ludzi praktycznie już nie ma.
CYNICZNYM OKIEM: Davos nie upadło dlatego, że ludzie przestali wierzyć w globalizm. Upadło, bo globaliści zaczęli wierzyć w siebie zbyt poważnie.
Koniec mitu o jednym świecie. Schwab i jego uczniowie
Śmierć Davos to symbol końca epoki, w której Zachód wierzył, że może zarządzać planetą jak firmą – z logotypem, misją i szkoleniami z empatii. To tu narodziła się idea „One World Government”, czyli globalnej hybrydy demokracji i technokracji, w której nikt nie odczuwał odpowiedzialności, bo decyzje podejmowały algorytmy i komitety.
Z czasem jednak moralne kazania zamieniły się w dogmaty, a „ekspercki dialog” w przymus społeczny. Głos rozsądku zastąpiło „You will own nothing and be happy”, a realną politykę – broszury o zielonej transformacji finansowane przez tych samych ludzi, którzy inwestowali w ropę i węgiel.
W Davos skończyła się już nawet hipokryzja – pozostała jedynie rutyna przemówień o ratowaniu świata, który elita sama wcześniej zgasiła.
Klaus Schwab, twórca i niegdyś demiurg Forum, od lat nie pojawia się w mediach w roli autorytetu, lecz w roli ostrzeżenia. Jego „Młodzi Globalni Liderzy” – produkt eksportowy Davos – zamienili się w przypadkowych książkowych antybohaterów epoki.
Justin Trudeau utopił Kanadę w długu i biurokracji równości, Chrystia Freeland przekształciła dyplomację w mem, a Unia Europejska – kierowana przez własną „panią z pensjonatu”, Ursulę von der Leyen – zamiast granic obroniła jedynie prawo do samozagłady.
Pod pozorem solidarności z planetą Europa zamknęła elektrownie atomowe, zrujnowała rolnictwo i rozbroiła przemysł. Teraz, paradoksalnie, to Ameryka wraca do realpolitik, a Moskwa – do klasycznej geopolityki.
CYNICZNYM OKIEM: Nietzsche pisał, że Bóg umarł. Dziś wystarczyłby dopisek: w Davos.
Europa po duchowym bankructwie
Wspólnotowa euforia skończyła się na rachunku za gaz. Unia Europejska miała odsunąć od siebie wojnę, ale zamiast tego oddała ją w outsourcing – na Ukrainę. Program sankcji wobec Rosji okazał się finansowym harakiri: to nie Moskwa, lecz Berlin i Paryż płacą dziś rachunek.
Brytania, która uciekła z UE w 2016 roku, stała się za to nieformalnym scenarzystą europejskiej katastrofy. To z Londynu wyszła strategia przedłużania wojny i blokowania negocjacji. Ostatecznie wyspy zostały z gospodarką w recesji, państwem policyjnym i premierem Keirem Starmerem, który wygląda jak żywa ilustracja do Roku 1984.
We Francji demografia stała się bronią, a w Niemczech polityka energetyczna – religią bez cudów. Każdy naród w UE choruje na własny wariant tego samego wirusa: utratę granic i tożsamości.
Tymczasem Ameryka, ku zgrozie liberalnych elit, zamiast bronić globalizmu, zaczyna ponownie bronić samej siebie. Donald Trump wrócił do okrzyków o produkcji krajowej, taniej energii i wojsku jako fundamencie cywilizacji. Ku zaskoczeniu publiczności Davos, zapowiedział przywrócenie „strategicznych praw” do Grenlandii, argumentując, że USA ocaliły ją przed nazistami w 1941 roku.
To więcej niż geopolityczny gest – to symbol odbudowy sfer wpływów, które elity Davos próbowały rozpuścić w bezkształtnym globalnym sosie. Trump postawił pytanie, którego w Davos nikt już nie śmie zadawać: „Dla kogo jest ten świat i kto za niego odpowiada?”
Granice wracają – w każdym sensie
Czasy bezgranicznej poprawności powoli odchodzą. Granice terytorialne, finansowe i kulturowe wracają jak odruch samozachowawczy Zachodu. Państwa Europy, zmęczone falami migracji i kryzysem bezpieczeństwa, zaczynają rozumieć, że liberalny internacjonalizm to luksus, na który nie stać nawet bogatych.
Ursula von der Leyen może jeszcze tweetować o solidarności z Grenlandią, ale w realnej polityce granice znów wyznaczą realiści – nie urzędnicy, lecz państwa.
CYNICZNYM OKIEM: Niektórym „obywatelom świata” przydałoby się wynajęcie pokoju w jednym kraju – z widokiem na rachunek za prąd.
Właściwie nie trzeba już ogłaszać końca Światowego Forum Ekonomicznego – ono samo rozpadło się w świetle kamer. Po latach dominacji jego słownik – „zrównoważony rozwój”, „równe szanse”, „zielona transformacja”, „globalna współpraca” – stracił znaczenie. Słowa, które miały jednoczyć, stały się puste jak salony konferencyjne w szwajcarskich Alpach.
Śmierć Davos nie oznacza końca idei współpracy międzynarodowej. Oznacza koniec etyki elit, które pomyliły planetę ze start‑upem, a ludzi z zasobami danych.
Zachód, jeśli chce przetrwać, musi wrócić do elementarnych instynktów: suwerenności, odpowiedzialności, realnej pracy i rozróżnienia między człowiekiem a projektem.
CYNICZNYM OKIEM: Davos nie zginęło od krytyki populistów – zmarło na własne samozadowolenie. A może to dobra wiadomość. Wreszcie można będzie mówić o świecie bez udawania, że to „wspólnota wartości”, gdy tak naprawdę jest to wspólnota interesów.


