W ciągu zaledwie 24 godzin amerykańskie lotnictwo wojskowe dwukrotnie doprowadziło do sytuacji o krok od katastrofy, z udziałem samolotów cywilnych w przestrzeni powietrznej nad Morzem Karaibskim. Najpierw pasażerski Airbus JetBlue lecący na trasie Curaçao–Nowy Jork, a teraz prywatny odrzutowiec Falcon 900EX zmuszone były do gwałtownych manewrów, by uniknąć kolizji z tankowcami powietrznymi USAF operującymi w pobliżu Wenezueli.

CYNICZNYM OKIEM: Od Karaibów po Kongres, Ameryka znów udowadnia, że najgroźniejszym miejscem na świecie może być nie front wojenny, lecz jej własne niebo.
Tankowiec widmo nad Karaibami
Pierwszy incydent wydarzył się w sobotę. Piloci JetBlue A320 relacjonowali, że w trakcie wznoszenia zobaczyli przed sobą olbrzymi KC-45 Pegasus – samolot tankujący Sił Powietrznych USA – lecący na tym samym poziomie, zaledwie dwa–trzy mile dalej. Co gorsza, maszyna wojskowa nie miała włączonego transpondera, czyli urządzenia pozwalającego na wykrycie jej przez systemy radarowe.
„Musieliśmy przerwać wznoszenie i natychmiast zejść niżej, by uniknąć zderzenia” – przekazał pilot JetBlue kontrolerom. Ci odpowiedzieli bezradnie: „Nie mam nic na ekranie.”
Trudno o bardziej dosłowną metaforę – niewidzialny samolot wojskowy omal nie zderzył się z cywilnym rejsem pełnym pasażerów.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy armia chowa swoje samoloty przed radarami, może czasem zapomina, że są też inne samoloty – chociażby wypełnione turystami.
Drugi incydent – luksusowy jet kontra gigant
Tego samego dnia biznesowy Falcon 900EX lecący z Aruby do Miami przeżył niemal identyczną sytuację. Kontroler ostrzegł pilota: „Nieznany obiekt dwanaście godzin, dziesięć mil, wysokość nieznana.” Gdy pilot zauważył samolot, jego reakcja była natychmiastowa:
„Właśnie go zobaczyliśmy! Nie wiem, jakim cudem nie dostaliśmy RA” – stwierdził, odnosząc się do TCAS, systemu ostrzegającego o kolizjach w powietrzu.
Zdesperowany próbował zidentyfikować obiekt. „Gigantyczny, wygląda jak wide-body, może 767. Lecieliśmy prosto na siebie.” Późniejsze analizy portalu AvBrief i CNN potwierdziły: to był kolejny tankowiec powietrzny USAF, tym razem KC-46 Pegasus.
Kontroler, zdumiony nieregularnymi manewrami nieznanego statku, potwierdził tylko: „On ciągle zmienia kierunek. Nie da się przewidzieć, co zrobi za chwilę.”
Dla pasażerów – zapewne biznesmenów wracających z tropików – to była o włos nie „ostatnia podróż.”
Militarne nerwy – Wenezuela jako nowe pole zderzeń
Federalna Administracja Lotnictwa (FAA) już wcześniej ostrzegała linie lotnicze przed „zwiększoną aktywnością wojskową” w przestrzeni powietrznej nad Wenezuelą i jej okolicami. W listopadzie wydano specjalne zawiadomienie NOTAM, w którym stwierdzono, że zagrożenie istnieje „na wszystkich wysokościach” i obejmuje zarówno przeloty tranzytowe, jak i starty, lądowania oraz ruch naziemny.
W efekcie część linii – zwłaszcza z Ameryki Północnej – zawiesiła loty w tamtym regionie. Niektórzy operatorzy wprost przyznali, że boją się nieprzewidywalnych ruchów amerykańskich jednostek wojskowych.
CYNICZNYM OKIEM: FAA ostrzega przed amerykańskim wojskiem – w tym tempie niedługo linie będą publikować komunikaty: „Lecimy nad strefą działań Pentagonu, proszę zapiąć pasy i zmówić modlitwę.”
Incydenty nie są przypadkowe. Od miesięcy Waszyngton prowadzi coraz bardziej agresywną politykę wobec Wenezueli, obejmującą blokadę morską, ataki na statki oraz demonstracyjne przeloty bombowców B-52 i myśliwców F/A-18 wzdłuż wybrzeża tego kraju.
Według doniesień, prezydent Trump – inspirowany przez sekretarza stanu Marco Rubio – autoryzował nawet tajne operacje mające obalić Nicolasa Maduro.
Oficjalnie w imię „walki z narkobiznesem”, w praktyce z fatalnym skutkiem: atakowano łodzie, w których zginęło co najmniej 95 osób, a niektóre jednostki ostrzelano nawet po zatopieniu, gdy rozbitkowie trzymali się wraków.
Dodatkowo Trump ogłosił „całkowitą blokadę wszystkich tankowców płynących do i z Wenezueli”, co doprowadziło do chaosu na karaibskich szlakach handlowych.
To w tej samej strefie, pełnej napięcia militarnych manewrów, doszło do dwóch niemal-katastrof z udziałem samolotów amerykańskich.
Kongres chce powstrzymać ekspansję
W obliczu rosnącego ryzyka zarówno dyplomatycznego, jak i lotniczego, w Kongresie pojawiają się próby zahamowania eskalacji. Zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie trwa debata nad rezolucjami zabraniającymi Pentagonowi podejmowania działań wojennych wobec Wenezueli bez zgody Kongresu.
Wśród polityków popierających ten projekt znaleźli się Thomas Massie, Marjorie Taylor Greene i Don Bacon, a w Senacie – Rand Paul.
„Amerykanie nie chcą kolejnej niekończącej się wojny z Wenezuelą” – podkreśla Paul. – „Konstytucja wymaga debaty i decyzji, zanim ktokolwiek wyśle nasze wojska w obcą przestrzeń.”
Dla obserwatorów te incydenty to nie tylko ostrzeżenie o chaosie w amerykańskiej przestrzeni operacyjnej, ale też symbol tego, jak militarne natręctwo potrafi przysłonić zdrowy rozsądek.
Dwukrotne uniknięcie katastrofy w ciągu 24 godzin nie jest „pechem”. To systemowa awaria kontroli – technicznej, politycznej i moralnej.
CYNICZNYM OKIEM: Wenezuela nie musi strącać amerykańskich samolotów. Wystarczy, że dalej będą latać same z wyłączonymi transponderami. Katastrofa przyjdzie sama, bez zebrań ONZ.
Wojna, której nikt oficjalnie nie wypowiedział, już trwa. Tyle że tym razem ofiarami mogą być nie tylko żołnierze, ale pasażerowie niewinnych lotów – turyści, biznesmeni, rodziny wracające z wakacji. I może właśnie dlatego ten front, choć niewidzialny, jest najbardziej niebezpieczny.


