Siedem państw sojuszniczych Stanów Zjednoczonych podpisało w czwartek wspólne oświadczenie wyrażające gotowość do udziału w wysiłkach na rzecz ponownego otwarcia cieśniny Ormuz. Problem w tym, że dokument nie zawierał ani jednego konkretnego zobowiązania – żadnych okrętów wojennych, żadnego wsparcia militarnego, żadnej logistyki. Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Włochy, Holandia, Japonia i Kanada złożyły podpisy pod tekstem, który portal Axios wprost nazwał gestem mającym na celu udobruchanie prezydenta Trumpa. Sam Trump pozostał nieprzekonany – i trudno mu się dziwić.
Prezydent USA od dni wyrażał skrajną frustrację z powodu bierności NATO wobec irańskiej blokady cieśniny. Nazywał sojusz „papierowym tygrysem” bez udziału Stanów Zjednoczonych i krytykował brak zainteresowania tym, co określił jako „prosty manewr wojskowy”. Oświadczenie „Koalicji Ormuz” miało być odpowiedzią na te zarzuty – w praktyce okazało się czystym spektaklem PR-owym.

Dyplomacja zamiast okrętów – Europa stawia na słowa
Wspólny dokument potępia irańskie ataki na statki handlowe i infrastrukturę energetyczną, przywołuje „faktyczne zamknięcie cieśniny Ormuz przez siły irańskie” i wzywa Teheran do „natychmiastowego zaprzestania gróźb, podkładania min, ataków dronów i rakiet”. Tyle że na potępieniach kończą się wszelkie konkrety.
Premier Włoch Giorgia Meloni oświadczyła jasno, że żadne państwo UE nie rozważa misji wojskowej mającej na celu siłowe przełamanie irańskiej blokady. UE opowiada się za „dyplomacją i deeskalacją”.
CYNICZNYM OKIEM: Siedem państw podpisało oświadczenie, które potępia, wzywa i wyraża gotowość – czyli zrobiło dokładnie tyle, ile kosztuje tusz w drukarce.
Kanclerz Niemiec Merz przypomniał, że od początku sprzeciwiał się wojnie z Iranem. Hiszpania, Grecja i Szwajcaria wyraźnie zaznaczyły, że nie dołączą do konfliktu. Oficjalne odmowy wsparcia militarnego wystosowały również Korea Południowa, Australia, Kanada, Indie, Niemcy i Francja. Waszyngton wywierał szczególną presję na Wielką Brytanię, licząc na wymierną pomoc – ale i tu spotkał się z rozczarowaniem.
Tymczasem USA i Izrael wciągane są coraz głębiej w wojnę w Zatoce Perskiej. Tysiące amerykańskich marines zmierza w okolice irańskiej wyspy Chark, a doniesienia wskazują, że Trump rozważa jej przejęcie. Sam prezydent zapewniał, że operacja wiązałaby się z „tak niewielkim ryzykiem” – co brzmi jak scenariusz, który sojusznicy słyszeli już wielokrotnie przed każdym bliskowschodnim bagnem.

CYNICZNYM OKIEM: Trump nazywa NATO „papierowym tygrysem”, a sojusznicy odpowiadają papierowym oświadczeniem. Przynajmniej forma jest spójna.
Brak entuzjazmu wśród sojuszników może mieć proste wytłumaczenie – obawa przed uwięźnięciem w kolejnym kosztownym i krwawym konflikcie na Bliskim Wschodzie. To, co Biały Dom przedstawia jako ograniczoną operację, reszta świata postrzega jako wstęp do eskalacji, z której nie ma łatwego wyjścia.


