Katastrofy naturalne w Polsce to rachunek wystawiony ludziom

Mówimy o nich jakby były kaprysem pogody i pechowym zrządzeniem losu

Adrian Kosta
9 min czytania

W Polsce coraz częściej mówimy o „katastrofach naturalnych”, jakby były kaprysem pogody i pechowym zrządzeniem losu. Tymczasem obraz ostatnich dekad jest bardziej niewygodny: rosnąca dotkliwość zjawisk ekstremalnych oraz skala ich skutków w coraz większym stopniu wynikają z czynników antropogenicznych. Intensywne opady prowadzące do powodzi i podtopień, fale upałów oraz długotrwałe susze nie są wyłącznie „naturalne” wtedy, gdy równolegle zagęszczamy zabudowę, degradujemy środowisko i przyspieszamy presję cywilizacyjną.

Analizy IOŚ-PIB wykonane na potrzeby „Atlasu skutków zjawisk ekstremalnych w Polsce” podkreślają rzecz kluczową: postęp cywilizacyjny zwiększył podatność na zjawiska ekstremalne na świecie, a straty wywoływane przez te zdarzenia rosną. To nie jest opowieść o jednej powodzi czy jednej suszy, lecz o trendzie, który zmienia reguły bezpieczeństwa publicznego, gospodarki i codziennego funkcjonowania państwa.

Straty, które nie mieszczą się w prognozach

W latach 2001-2019 zjawiska ekstremalne spowodowały w Polsce straty bezpośrednie szacowane na około 115 mld zł. Gdy doliczyć skutki pośrednie – przerwane łańcuchy dostaw, utracone możliwości gospodarcze, przestoje firm i usług – łączny rachunek mógł przekroczyć 180 mld zł. W praktyce oznacza to, że „pogoda” stała się jednym z twardszych czynników ekonomicznych, a jej kosztów nie da się już ukryć w rubryce „nieprzewidziane”.

Najbardziej dotkliwie odczuło to rolnictwo. W latach 2017-2019 susze odpowiadały za 77 proc. wszystkich strat w tym sektorze, co bezlitośnie potwierdza wrażliwość produkcji rolnej na zmieniające się warunki klimatyczne. Równolegle rośnie koszt społeczny: od 2001 roku w wyniku zjawisk ekstremalnych zginęło ponad 1 800 osób, a to liczba, która powinna zmieniać język debaty z „anomalii” na „ryzyko systemowe”.

W danych z działań ratowniczych Państwowej Straży Pożarnej z lat 2010-2019 wyraźnie widać, co realnie wywraca porządek dnia. Głównymi przyczynami interwencji był silny wiatr – 54 proc. wyjazdów oraz intensywne opady deszczu – 30 proc. interwencji. Istotne jest także połączenie opadów z silnym wiatrem, szczególnie groźne na wybrzeżu: generowało ono około 10 proc. interwencji związanych z wezbraniami wód i podtopieniami, co pokazuje, że zagrożenia hydrometeorologiczne rzadko przychodzą „pojedynczo” i w prostych konfiguracjach.

Ta struktura interwencji nie jest ciekawostką statystyczną. To praktyczna podpowiedź, gdzie system państwa jest najczęściej testowany – i gdzie, przy rosnącej intensywności zjawisk, test może zacząć kończyć się częściej wynikiem negatywnym.

Susza, która przygotowuje grunt pod powódź

Coraz niższe absolutne minima stanów wody na wielu stacjach wodowskazowych stają się faktem odnotowywanym regularnie, a przykład stacji Warszawa-Bulwary przyciągnął uwagę niemal całego kraju. Równolegle badania potwierdzają rosnącą częstotliwość susz o szerokim zasięgu: w latach 2011, 2015, 2018 i 2019 występowały średnio co 2,5 roku, podczas gdy w dekadzie 1989-2009 pojawiały się przeciętnie co 5 lat.

Najbardziej zaskakujący mechanizm brzmi jednak paradoksalnie tylko na pierwszy rzut oka: susze często przeplatają się z powodziami. Nadmiernie wysuszona gleba traci zdolność absorpcji wody, więc przy intensywnych opadach rośnie spływ powierzchniowy, a wraz z nim prawdopodobieństwo lokalnych podtopień i wezbrań. Skrajności wzmacniają kolejne skrajności, a system, zamiast wracać do równowagi, uczy się niestabilności.

CYNICZNYM OKIEM: Gdy ziemia nie przyjmuje wody, a miasta nie mają gdzie jej oddać, winnych szuka się w chmurach. To wygodne, bo chmury nie głosują, nie pozywają i nie żądają planów zagospodarowania. Najłatwiej jest nazwać problem „naturalnym”, kiedy jego rozwiązanie wymaga decyzji politycznych i kosztownych inwestycji.

Antropogeniczny wymiar zmian: liczby, które nie proszą o interpretację

Zjawiska ekstremalne występowały również w przeszłości, ale zmienia się ich częstotliwość, intensywność i rozkład geograficzny. W znaczącej części odpowiada za to działalność człowieka – globalnie i lokalnie.

Susza i powódź w naszej strefie klimatycznej mogą być zjawiskami naturalnymi, ale ich dzisiejsza częstotliwość, czas trwania i skutki w dużej mierze determinują czynniki antropogeniczne. Do najważniejszych należą: zmiany zagospodarowania przestrzennego, wzrost urbanizacji, niewystarczająca infrastruktura retencyjna oraz niedostateczne zabezpieczenia.

W praktyce oznacza to, że ryzyko nie rośnie „samo z siebie”. Rośnie także dlatego, że budujemy i organizujemy przestrzeń tak, aby woda szybciej spływała, a krajobraz gorzej ją zatrzymywał. A kiedy już spłynie – trafia tam, gdzie szkody są najdroższe: do domów, firm, dróg, sieci, przepustów i budżetów samorządów.

Zintegrowane działania: od danych do decyzji

Pierwszy wniosek jest brutalnie prosty: wiele zjawisk ekstremalnych nie wynika wyłącznie z naturalnych procesów, lecz jest potęgowane przez sposób prowadzenia gospodarki i zarządzania przestrzenią. Dlatego konieczne staje się łączenie działań łagodzących – takich jak transformacja energetyczna czy ograniczanie wylesiania – z działaniami adaptacyjnymi, obejmującymi modernizację infrastruktury, nowoczesne systemy gospodarowania wodami opadowymi, przemyślane planowanie przestrzenne oraz budowę skutecznych systemów ostrzegania.

Eksperci IOŚ-PIB wskazują jako szczególnie istotne: systemy wczesnego ostrzegania, zwiększanie retencji (zwłaszcza małej, naturalnej), rozwój błękitno-zielonej infrastruktury oraz odpowiedzialne zarządzanie ryzykiem. W tym zestawie nie ma „jednego złotego środka” – jest za to wyraźna sugestia, że działania punktowe bez logiki systemowej będą przypominały gaszenie pożaru kubkiem wody.

Drugim priorytetem pozostaje wsparcie sektorów najbardziej narażonych. W Polsce szczególnie dotkliwe straty odnotowuje rolnictwo, z którym wiąże się ponad połowa kosztów wynikających ze zjawisk ekstremalnych. Równie ważne jest zwiększenie odporności infrastruktury samorządowej, zwłaszcza na południu kraju, gdzie intensywne opady i podtopienia pojawiają się coraz częściej, a systemy gospodarki wodnej bywają przeciążane w sposób powtarzalny.

Do tego dochodzi problem kumulacji szkód: nawet pojedyncza powódź może wywołać poważne i długotrwałe uszkodzenia infrastruktury przeciwpowodziowej. Zniszczeniu ulegają nie tylko wały, lecz także zbiorniki retencyjne, przepusty, śluzy czy systemy odprowadzania wód. To osłabia ochronę na kolejne sezony, czyli ryzyko nie wraca do poziomu sprzed zdarzenia – ono zostaje podbite.

Przykład 2024 roku: liczby, które zostają w pamięci samorządów

Podczas powodzi w Europie Środkowej w 2024 roku w Polsce szczególnie ucierpiały m.in. Kłodzko, Lądek-Zdrój, Nysa, Bystrzyca Kłodzka oraz Lewin Brzeski, który został zalany w 90 proc.. Według szacunków ówczesnego wojewody dolnośląskiego Macieja Awiżenia wstępne straty w samym województwie dolnośląskim wyniosły około 3 832 623 000 zł.

To konkret, który pokazuje, jak szybko „zdarzenie pogodowe” zamienia się w kryzys finansów publicznych, infrastruktury i zaufania mieszkańców do sprawczości instytucji. W takich momentach pytanie nie brzmi już, czy było ostrzeżenie, ale czy system był przygotowany, by w ogóle mieć przestrzeń na skuteczną reakcję.

CYNICZNYM OKIEM: Po wielkiej wodzie wszyscy mówią o odporności, ale liczą ją najczęściej w kamerach, nie w projektach. Najtańsze są deklaracje, najdroższe są zaniedbania, a ich koszt wraca falą – czasem dosłownie – wtedy, gdy budżet i tak jest już napięty.

Ekonomia prewencji: rachunek, który wreszcie się spina

Trzecia kwestia dotyczy relacji kosztów do korzyści. Inwestycje w prewencję i adaptację mają być wyjątkowo efektywne ekonomicznie: szacunki wskazują, że każda złotówka przeznaczona na adaptację może przynieść kilkukrotnie korzyści, ograniczając zarówno straty materialne, jak i ryzyko dla życia ludzi. W świecie rosnących strat to nie jest hasło motywacyjne, lecz argument budżetowy: mniej wypłat odszkodowań, mniej napraw, mniej przestojów, mniej „awaryjnych” decyzji podejmowanych pod presją.

Kluczowe staje się więc planowanie oparte na danych. W ramach projektu „Klimada 3.0 – dostęp do wiedzy i danych w zakresie zmian klimatu” realizowanego przez IOŚ-PIB ma powstać ogólnodostępna platforma ze zaktualizowanymi scenariuszami klimatycznymi, analizami ryzyka i danymi o zjawiskach ekstremalnych. To narzędzie ma tworzyć podstawę dla lokalnych i krajowych strategii reagowania, wspierać spójność działań między sektorami oraz dawać instytucjom publicznym, przedsiębiorstwom i mieszkańcom możliwość podejmowania decyzji w oparciu o rzetelną wiedzę.

Zjawiska ekstremalne należy traktować jako wyzwanie systemowe, wymagające jednocześnie ograniczania emisji oraz konsekwentnej adaptacji do nowych warunków klimatycznych. Bez tego będziemy dalej nazywać skutki „nadzwyczajnymi”, choć staną się one nową normą, a państwo będzie reagować w trybie ciągłej interwencji zamiast działać w trybie świadomego zarządzania ryzykiem.

W tej historii najbardziej zaskakuje nie to, że pogoda bywa brutalna. Najbardziej zaskakuje, jak długo potrafimy udawać, że rachunek za tę brutalność nie ma autora.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

TAGI:
KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *