Być może wszystko, co nazywamy historią, jest tylko skutkiem zbiorowej traumy sprzed 3,5 tysiąca lat. Tak twierdzi coraz więcej badaczy alternatywnych, a ich argumentacja brzmi zaskakująco logicznie: człowiek, niezdolny do zniesienia chaosu, obwinia samego siebie – bo poczucie winy daje iluzję kontroli. A gdy ta wina zepchnięta zostaje w podświadomość, rodzi się nieustanny powrót cierpienia, konfliktów i wojen. To, co nazywamy dziejami świata, może być więc niczym innym, jak długim odruchem po katastrofie.
Mechanizmy przetrwania: wina i zapomnienie
Według tej teorii dwa ludzkie odruchy zadecydowały o naszym losie: poczucie winy i amnezja. Kiedy wydarza się coś, czego nie potrafimy pojąć – kosmiczna katastrofa, wojna totalna, zagłada ekosystemów – przestajemy mierzyć się z faktem. Najpierw winimy siebie, potem zapominamy. Tak powstaje kultura, religia i – jak chciałby autor tej koncepcji – całe naukowe kłamstwo nowoczesności.
Bo jak utrzymać społeczeństwo w stanie zapomnienia? Najprościej zbudować iluzję racjonalnego świata, w którym wszystko da się objaśnić i przewidzieć. I tu wkracza nauka jako narzędzie zbiorowego snu.
CYNICZNYM OKIEM: Współczesna nauka pełni dziś tę samą funkcję, co religia w średniowieczu – nie szuka prawdy, tylko spokoju wiernych.
Grawitacja, ciemna materia i inne bajki dla dorosłych
Dr Donald E. Scott z Uniwersytetu Massachusetts zwraca uwagę, że współczesna astronomia przypomina system wierzeń bardziej niż naukę. „Astrofizycy każą nam wierzyć w rzeczy, których nie sposób zbadać – bo ich hipotezy wymagają fikcji” – pisze. Przykłady? „Czarna materia”, „ciemna energia”, „zakrzywiona przestrzeń”, „linie pola magnetycznego, które się łączą i rozdzielają”, a nawet superluminalne dżety, które łamią prawa fizyki tylko po to, by ratować teorię wielkiego wybuchu.
To wszystko po to, by utrzymać dogmat, że grawitacja jest siłą dominującą we wszechświecie. Bo jeśli nie jest – jeśli pierwotne energie były elektryczne, a nie grawitacyjne – oznaczałoby to, że planety mogły kiedyś wymknąć się z orbity. A wtedy historyczne ślady mitu katastrofy sprzed tysięcy lat, od plagi ognia po potopy, zyskałyby niebezpiecznie realny wymiar.
Z nauki zostałby popiół, a człowiek musiałby przyznać, że jego porządek to tylko nowa wersja zaprzeczenia.
Darwin – prorok ewolucji bez dowodu
Podobny mechanizm można dostrzec w teorii Darwina. Ewolucja opiera się na założeniu, że zmiany są powolne i nieprzerwane, a w przeszłości nie działo się nic, czego nie obserwujemy dziś. To nie dowód, lecz dogmat zwany zasadą jednorodności. To z niej wywodzi się wiara, że Ziemia nigdy nie doświadczyła gwałtownej katastrofy kosmicznej.
Darwin nie tyle opisał biologiczną rzeczywistość, ile stworzył filozofię ciągłości – bezpieczną, uporządkowaną i bezzębnie „naukową”. Jego wizja świata to usprawiedliwienie amnezji. Dzięki niej ludzkość mogła zapomnieć, że nie zawsze panowała nad losem.
CYNICZNYM OKIEM: Nauka nie uspokaja świata – uspokaja naukowców.
Społeczeństwo fantazji, czyli jak spać przy włączonym świetle
Jeśli uznać, że nasza cywilizacja jest formą terapii po kosmicznym wstrząsie, wszystko nagle staje się zrozumiałe. Polityka to mechanizm kontroli traumy; religie – rytuały odkupienia; technologia – próba odbudowy dawnej omnipotencji.
A codzienna informacyjna kakofonia – nic innego, jak luksusowy środek nasenny. Każdy nagłówek, każdy wykres PKB, każda konferencja klimatyczna to nowa porcja otumanienia, pozwalająca wierzyć, że świat wreszcie działa zgodnie z planem.
Autor teorii idzie dalej: gdybyśmy przestali podtrzymywać te iluzje, moglibyśmy – po raz pierwszy od tysięcy lat – doświadczyć rzeczywistości takiej, jaka jest. Katastrofa nie byłaby już źródłem lęku, lecz dowodem na naszą zdolność do przetrwania.
Utracona pamięć i cena przebudzenia
Ale na drodze stoi właśnie ta amnezja, która okazała się skuteczniejsza niż jakikolwiek system władzy. Nie trzeba dziś cenzury ani dogmatów – wystarczy konsumpcja, algorytmy i wrażenie postępu. Nowoczesny człowiek nie zapomina dlatego, że mu zabroniono pamiętać, lecz dlatego, że już nie czuje potrzeby.
Jednak jeśli rzeczywiście istniała kiedyś katastrofa, która zresetowała cywilizację, nasze powtarzające się błędy – wojny, kult władzy, produkcja strachu – są tylko objawami nierozpoznanej choroby. Powrót do świadomości byłby więc nie tylko aktem wiedzy, ale aktem odwagi.
CYNICZNYM OKIEM: Być może największą katastrofą nie był upadek planet, lecz to, że nauczyliśmy się żyć w świecie, który nigdy się nie wydarzył.
Jeśli prawdą jest, że to, co postrzegamy jako rzeczywistość, to zaledwie mechanizm obronny po starożytnej katastrofie, wtedy przebudzenie nie będzie przyjemne.
Oznacza zburzenie świątyń nauki, historii i ekonomii – wszystkich środków, które miały utrzymać nas w spokoju. Ale może to jedyna droga, by stać się naprawdę wolnym.
Bo po trzech i pół tysiącu lat wstydu, winy i zapomnienia być może właśnie czas, by otworzyć oczy – i wreszcie zobaczyć świat takim, jaki jest.


