Kalifornia znów chce być laboratorium społecznej sprawiedliwości. Najnowszy pomysł z Sacramento to jednorazowy 5-procentowy podatek majątkowy dla osób o wartości netto przekraczającej miliard dolarów. Brzmi jak polityczna bajka o Robin Hoodzie, który wreszcie upomina się o swoje. W praktyce – jak ostrzegają przedsiębiorcy – to bardziej test, jak daleko można przesunąć granice państwowej władzy fiskalnej.
Bo podatek ten nie jest naliczany od dochodu, zysku, czy transakcji. Jest naliczany od „posiadania”. Od wartości majątku – często trudnej do wyceny, uzależnionej od rynkowych fantazji i państwowych audytów. To nie uderza w dochód, tylko w samą ideę prywatnej własności.

Autor poleca: Kalifornia najgorszym stanem 6. raz z rzędu. Teksas znów nokautuje
CYNICZNYM OKIEM: Dziś chcą 5 procent od miliardera. Jutro wyślą list do ciebie, bo twoje mieszkanie w San Diego też zdrożało.
Od świętego gniewu do fiskalnej rutyny. Prawo, które przypomina wyrok
Obrońcy projektu powtarzają mantrę: „to tylko najbogatsi”. Ale historia pokazuje, że żadne „tylko” nie zostaje długo na swoim miejscu. Federalny pomysł Kamali Harris i administracji Bidena zakładał już podobny podatek – tyle że dla osób mających 100 milionów dolarów. Po paru latach „miliarderstwo” stopniało dziesięciokrotnie.
W końcu, jak argumentują ekonomiści, większość pieniędzy nie leży na samym szczycie piramidy, lecz w szerokiej warstwie prywatnych aktywów klasy średniej – w domach, biznesach rodzinnych, funduszach emerytalnych. A tam, gdzie jest pieniądz, tam polityka w końcu dotrze z formularzem.
Niektórzy prawnicy porównują projekt do nowoczesnej wersji „bill of attainder” – aktu prawnego, który wymierza karę określonemu typowi ludzi, bez sądu i bez procesu. Oczywiście nie chodzi tu o sankcję karną, ale o zasadę selektywnego obciążania niewielkiej grupy pod pretekstem dobra wspólnego.
W Kalifornii lista podatków już dziś wygląda jak katalog biurokratycznej fantazji – dochodowy, sprzedażowy, od alkoholu, paliwa, pracowników, pozwoleń, emisji czy zezwoleń środowiskowych. Przedsiębiorcy, którzy wyjechali z Los Angeles czy San Francisco do Teksasu lub Florydy, mówią wprost: to nie bunt, to matematyka.
CYNICZNYM OKIEM: Kalifornia nie wypycha bogatych decyzjami politycznymi, tylko kwitami z Departamentu Podatków.
Prawdziwe pytanie: kto będzie następny?
Ten podatek to nie atak na miliarderów, tylko rozgrzewka przed zmianą definicji „bogactwa”. Gdy władza nauczy się naliczać opłatę od całkowitej wartości majątku, wystarczy jedno głosowanie, by przesunąć próg – ze stu milionów do miliona.
A w Kalifornii milionerem jest dziś właściciel przeciętnego domu, nauczyciel matematyki z hipoteką, strażak z oszczędnościami, rodzina z dzieckiem w college’u.
Bo w tym stanie nie tylko podatki rosną wykładniczo. Rosną też granice tego, co politycy nazywają „sprawiedliwe do opodatkowania”. I to właśnie w tej strefie, między hasłem a precedensem, znajduje się najstarszy koń trojański współczesnej Ameryki.


