W 2008 roku Kalifornijczycy zgodzili się na emisję obligacji o wartości 9,95 miliarda dolarów, wierząc, że w ciągu paru lat będą mogli przejechać superszybkim pociągiem z Los Angeles do San Francisco. Miał to być symbol zielonej nowoczesności i amerykańskiej innowacji. Dziś, niemal dwie dekady później, nie powstał ani jeden metr torów, a projekt pochłonął już 12 miliardów dolarów.
Gubernator Gavin Newsom zorganizował niedawno konferencję prasową, by ogłosić „postęp” projektu – na tle dieslowskiego pociągu towarowego jadącego po starych torach. Propagandowa inscenizacja miała pokazać, że mimo wszystko „coś się dzieje”. W rzeczywistości nie dzieje się nic, poza nowymi raportami o przekroczeniach kosztów i rosnącym chaosie w planowaniu.

CYNICZNYM OKIEM: W innych krajach pociągi ruszają po budowie torów. W Kalifornii – po ustawieniu kamer.
Zamiast innowacji – miliardy w błoto
Zgodnie z raportem inspektora generalnego Benjamina Belnapa, pierwszy etap projektu – Merced–Bakersfield – nie powstanie przed 2033 rokiem, a i ten termin jest mało realny. Koszty wzrosły do 35,3 miliarda dolarów – więcej, niż w 2008 roku zakładano dla całej linii z Los Angeles do San Francisco.
Trasa ta ma 171 mil i łączy dwa miasta o łącznej populacji około 500 000 osób. Daje to koszt ok. 22 000 dolarów na mieszkańca, przy drastycznie obniżonej prognozie frekwencji.
Aby zachować twarz, Newsom ogłasza komunikaty o „gruntach przygotowanych pod budowę” i „realnych postępach”. W praktyce zmienia jedynie narrację – z szybkiego pociągu stanowego w lokalny projekt robót publicznych, który bardziej przypomina program zatrudnienia dla firm konsultingowych niż inwestycję transportową.
CYNICZNYM OKIEM: Kalifornijski sen? Zapłacić miliardy, żeby nie zdążyć nawet na peron.
Polityka zamiast infrastruktury
Dla gubernatora, który marzy o Białym Domu, ten pociąg to kampanijny balast. Choć eksperci wytykają gigantyczne błędy i marnotrawstwo, Newsom odpowiada propagandą sukcesu i medialnym blaskiem. Vogue opisał go z zachwytem jako „przystojnego i pełnego pewności przywódcę z siwiejącymi włosami” – jakby błysk fleszy miał przykryć błysk czerwonych cyfr w budżecie.
To jedne z ostatnich słów Newsoma podczas wspomnianej sesji zdjęciowej. Dla wielu Kalifornijczyków brzmiały jak puenta wieloletniego absurdu – projektu, który zmniejszył skalę, zwiększył koszty i nie dostarczył nic.
Dziś „pociąg donikąd” jeździ tylko w politycznych przemówieniach, a stan – uwięziony w finansowych torach własnej pychy – nie może już zawrócić. Bo kto po miliardach straconych dolarów przyzna, że nie ma pociągu?


