Kalifornia – niegdyś symbol amerykańskiego sukcesu technologicznego i bogactwa – zaczęła tracić swoich najcenniejszych obywateli. Po fali publicznych deklaracji miliarderów o opuszczeniu stanu, gubernator Gavin Newsom wpadł w tryb kryzysowy. W rozmowie z New York Timesem zapowiedział, że zrobi wszystko, by zablokować planowany podatek majątkowy.
„Ten projekt zostanie pokonany – nie mam co do tego wątpliwości” – powiedział Newsom. Decyzja oznacza jednak polityczny zwrot o 180 stopni wobec nacisków związków zawodowych i lewego skrzydła Partii Demokratycznej, które uznały projekt za moralny obowiązek wobec najbogatszych.
CYNICZNYM OKIEM: Kalifornia chciała być progresywnym rajem, a obudziła się w podatkowym exodusie.
5 procent, które kosztowało miliardy
Kontrowersyjny projekt, wprowadzony przez związek zawodowy SEIU–United Healthcare Workers West, zakładał jednorazowy podatek w wysokości 5% od majątku osób przekraczającego 1 miliard dolarów.
Ustawa miała działać retroaktywnie względem osób mieszkających w stanie na 1 stycznia 2026 r., z możliwością rozłożenia płatności na pięć lat.
Związek argumentował, że wprowadzenie podatku sfinansuje cięcia w programach zdrowotnych i socjalnych, które wynikły z polityki oszczędnościowej administracji Trumpa.
Prawie 90% wpływów miało trafić do sektora opieki zdrowotnej, reszta – na programy żywnościowe i edukacyjne.
Jednak analitycy stanowego Departamentu Finansów ostrzegają, że choć podatek przyniesie krótkoterminowo dziesiątki miliardów dolarów, w dłuższej perspektywie straty budżetowe mogą przekroczyć wpływy – gdyż podatnicy po prostu… uciekną.
Exodus elit Doliny Krzemowej
Lista nazwisk, które już opuściły Kalifornię, wygląda jak indeks ze szczytu listy Forbesa:
Elon Musk, Larry Page, Sergey Brin, Peter Thiel, David Sacks, Andy Fang (DoorDash) – wszyscy przenieśli majątki i firmy do stanów takich jak Teksas czy Floryda.
Nawet Reid Hoffman, współzałożyciel LinkedIna i czołowy sponsor Partii Demokratycznej, nazwał pomysł „fatalnie zaprojektowanym” i ostrzegł, że „podatki od majątku niepłynnego, jak akcje, to przepis na ucieczkę kapitału i załamanie rynku.”
CYNICZNYM OKIEM: Gdy nawet kalifornijscy miliarderzy z lewicy mówią „dość”, wiadomo, że coś pękło w modelu solidarności.
Wojna o Kalifornię dopiero się zaczyna
Gubernator Newsom, niegdyś promotor progresywnych reform, dziś otwarcie wspiera biznes. „Muszę chronić nasz stan” – powiedział, gdy zapytano go o priorytety wobec masowej migracji kapitału.
Z drugiej strony związkowcy, z Suzanne Jimenez na czele, zarzucają mu „ustępowanie przed garstką miliarderów kosztem milionów obywateli”.
Równocześnie trwa mobilizacja po obu stronach: zwolennicy podatku zbierają 900 tysięcy podpisów, by wprowadzić go do głosowania, a lobby biznesowe przygotowuje kampanię przeciw.
Jak ujął to Ron Lapsley, szef California Business Roundtable: „Ten projekt zniszczy gospodarkę stanową, wypchnie inwestycje i podniesie koszty życia zwykłych ludzi.”
Tak oto Kalifornia staje się laboratorium nie tylko innowacji, ale i wojny o sens przedsiębiorczości w XXI wieku.
A przyszłe pokolenia ekonomistów będą pytać nie, czy miliarderzy uratowali Kalifornię, lecz czy Kalifornia jest jeszcze warta, by w niej zostać.


