W Kalifornii znają dwa pewniki: że podatki rosną szybciej niż palmy i że od administracji w Sacramento nie ma ucieczki. Nowy pomysł lokalnych demokratów brzmi tak absurdalnie, że tylko w tej części Ameryki mógłby stać się realnym projektem legislacyjnym: opodatkujmy ludzi, którzy już tu nie mieszkają.
Autor poleca: Kalifornia na skraju paraliżu – rafinerie zamykają się, a stacje pustoszeją
Kraina, gdzie można wyjechać, ale nie odetchnąć
W 2022 roku gubernator Gavin Newsom chwalił się rekordową nadwyżką – 97,5 miliarda dolarów. Dwa lata później Kalifornia ma deficyt na poziomie 73 miliardów, który zapewne rośnie szybciej niż ceny benzyny w Los Angeles.
Kosztowne programy socjalne, miliardy utopione w „szybkiej kolei donikąd” oraz pandemiczne przekręty uczyniły ze „złotego stanu” finansowy wrak na autopilocie.
Do tego dochodzi masowy exodus obywateli i firm. Według najnowszych danych Kalifornia traci jednego podatnika co 104 sekundy. Wraz z nimi znikają pieniądze, inwestycje i cierpliwość reszty kraju.
CYNICZNYM OKIEM: w Kalifornii nawet gwiazdy wolą uciekać do Teksasu – bo tam drożej jest tylko w piekle.
„Nie zapłacisz tu? To zapłacisz jeszcze bardziej!”
W obliczu budżetowej dziury, Demokraci znaleźli rozwiązanie rodem z czarnej komedii ekonomicznej – „2026 Billionaires Tax Act”.
Projekt zakłada jednorazowy 5-procentowy podatek od majątku przekraczającego miliard dolarów.
Ale z haczykiem: danina dotyczy nie tych, którzy mieszkają w Kalifornii, ale tych, którzy… mieszkali tam w 2025 roku.
Czyli nawet jeśli bogacz już spakował willę do ciężarówki U-Haul i uciekł do Nevady, Sacramento upomni się o swoje. To podatek od samego faktu, że kiedyś byłeś bogaty w złym miejscu.
Demokraci mówią, że to „sprawiedliwość społeczna”. Krytycy – że ostatni gwóźdź do gospodarczej trumny stanu.
Retroaktywne szaleństwo
Problem w tym, że takie rozwiązanie może być niekonstytucyjne. Jak przypomina prawnik Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona, Sąd Najwyższy USA już w 1994 roku orzekł, że „prawo wstecz” narusza fundamentalne zasady uczciwości. Jeśli prawo obowiązuje retroaktywnie, nikt nie wie, czego się spodziewać – i jak planować swoją działalność.
Ale w Kalifornii logika ustępuje miejsca desperacji. Bo skoro podatników już nie ma, najłatwiej opodatkować ich duchy.
CYNICZNYM OKIEM: Kalifornia wymyśliła podatkową wersję „Hotelu California” – możesz wyjechać, ale twoje pieniądze zostają.
Od bilionerów do milionerów… i niżej
Oczywiście, projekt ma dotknąć tylko „najbogatszych” – około 220 miliarderów mieszkających (jeszcze) w Kalifornii. Ale historia fiskalna zna prostą zasadę: każdy podatek od najbogatszych kończy się rachunkiem dla wszystkich innych.
Gdy tylko stanie się precedensem, podatek od miliarderów stanie się podatkiem od milionerów, potem od pracowników Doliny Krzemowej, a w końcu – od każdego. Bo jeśli można opodatkować kogoś, kto nie mieszka w stanie, dlaczego nie człowieka, który tylko kiedyś coś w nim kupił lub sprzedał?
Sam Gavin Newsom, obecny gubernator i potencjalny kandydat na prezydenta, nie wie, czy ten pomysł bardziej mu pomoże, czy pogrzebie jego ambicje. Z jednej strony – projekt pokazuje, jak głębokim kryzysem jest Kalifornia. Z drugiej – jeśli ma on szansę w wyborach krajowych, nie może zrazić tych samych miliarderów, których teraz chciałby okraść.
Według doradców, Newsom „nie popiera planu” – przynajmniej oficjalnie. W praktyce gra na dwa fronty: z jednej strony ostrzy fiskalny nóż, z drugiej liczy, że ofiary sfinansują jego kampanię.
Propozycja podatku to nie zwykły akt chciwości – to krzyk systemu, który nie umie już żyć bez cudzych pieniędzy. Przez lata Kalifornia była rajem kreatywności i innowacji; dziś staje się laboratorium finansowej autoagresji.
Jeśli „stan słońca” naprawdę zacznie nakładać retroaktywne podatki na byłych mieszkańców, będzie to sygnał dla reszty Ameryki, że granice przestały chronić przed fiskalnym totalizmem.
Nieuczciwi politycy w innych stanach już zacierają ręce – bo jeśli Kalifornii się uda, kopiuj-wklej stanie się nową formą legislacji.


