Dyrektor generalny JPMorgan Chase, Jamie Dimon, wyznaczył w Waszyngtonie wyraźną linię frontu. W jego ocenie ustawa Clarity Act w obecnym kształcie jest martwa już na starcie, a dyrektor generalny Coinbase, Brian Armstrong, to wróg, który za nią stoi. Spór szybko przybrał formę osobistego starcia dwóch finansowych światów.
W wywiadzie dla Fox Business pod koniec ubiegłego tygodnia Dimon ostro skrytykował procedowaną ustawę o strukturze rynku kryptowalut. Nazwał ją zagrożeniem dla systemu finansowego i prezentem dla branży, która chce przywilejów bankowych bez ponoszenia odpowiedzialności.
Dlaczego Dimon uważa ustawę za zagrożenie?
Sednem zarzutu są odsetki od cyfrowych depozytów. „Pozwala ona firmom kryptowalutowym na faktyczne wypłacanie odsetek od depozytów – stablecoinów lub czegoś w tym rodzaju – bez ochrony, jaką powinny posiadać” – powiedział Dimon. Dodał dosadnie, że w ustawie nie ma prawie żadnych zabezpieczeń prawnych.
Jego główny argument jest prosty. Jak relacjonuje Micah Zimmerman dla BitcoinMagazine.com, jeśli platforma kryptowalutowa zachowuje się jak bank i mówi jak bank, musi być regulowana jak bank. Oznacza to przepisy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy, ubezpieczenie depozytów, wymogi kapitałowe i pełen ciężar nadzoru finansowego.
W centrum sporu leży walka o odsetki ze stablecoinów. Banki twierdzą, że pozwolenie giełdom na płacenie klientom za trzymanie stablecoinów przyspieszy odpływ depozytów z tradycyjnych instytucji. To zaś zacznie odliczać czas do końca modelu biznesowego, który definiował amerykańską bankowość przez całe stulecie.
Druga strona widzi to zupełnie inaczej. Zwolennicy kryptowalut odpowiadają, że takie zachęty są naturalną ewolucją infrastruktury płatniczej. Prace legislacyjne nad ostateczną wersją projektu zbliżają się wielkimi krokami, a żadna ze stron nie zamierza ustąpić.
CYNICZNYM OKIEM: Bank broniący klienta przed brakiem zabezpieczeń to przede wszystkim bank broniący własnych depozytów. Stulecie monopolu na cudze pieniądze nie odejdzie bez walki o każdy procent.
Dimon zwrócił też uwagę na ryzyko przy płatnościach transgranicznych. „Pierwsza transakcja może być legalna, ale druga może już dotyczyć handlarza ludźmi w celach seksualnych” – ostrzegł. Po przejściu pieniędzy do zagranicznego portfela znikają one z pola widzenia nadzoru i mogą wędrować dalej, do trzeciego i czwartego portfela.
Co stoi za atakiem na Armstronga?
Najostrzejsze słowa szef JPMorgan zachował dla samego Armstronga. Twierdzi, że dyrektor generalny Coinbase wydaje setki milionów dolarów w Waszyngtonie, aby przepchnąć ustawę. „Nikt nie będzie kłaniał się temu facetowi” – oświadczył Dimon, dodając, że Armstrong „gada bzdury”.
Nie była to pierwsza taka wypowiedź. Podobne uwagi Dimon wygłosił już na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos na początku tego roku. Jego niechęć do branży kryptowalut ma więc charakter konsekwentny, a nie chwilowy.
W tej walce gigant z Wall Street nie jest osamotniony. Po jego stronie stoją Amerykańskie Stowarzyszenie Bankierów, banki lokalne oraz spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe. Cały tradycyjny sektor bankowy solidarnie sprzeciwia się ustawie w jej obecnym kształcie.
Dimon nie pozostawił złudzeń co do swoich intencji. Wyraźnie zaznaczył, że jest to walka, a nie negocjacje. „Będziemy z tym walczyć. Jeśli przegramy, to przegramy. Ale podejmiemy tę walkę” – zapowiedział, stawiając sprawę w kategoriach otwartego konfliktu bez miejsca na kompromis.



