Jak zostać CEO? Awans w świecie, który udaje, że chodzi o talent

Największe firmy „hodują” swoich liderów latami

Jarosław Szeląg
5 min czytania

Nowe badania nie pozostawiają złudzeń: jeśli marzysz o fotelu prezesa, najlepiej zrób to po cichu, nie wychodząc z biura. Według raportu firmy Spencer Stuart, aż 76% prezesów największych spółek S&P 500 awansowało z wewnątrz organizacji. W korporacyjnym świecie rządzą więc nie rewolucjoniści, lecz strażnicy status quo – ludzie, którzy na pamięć znają korytarze, skróty w Excelu i ego swoich przełożonych.

Król jest z własnego biura

Okazuje się, że przyszły CEO to niemal zawsze ktoś, kto zaczynał na niższym piętrze tego samego budynku. Czasem jako analityk, czasem jako stażysta, czasem jako ten, który pamięta, gdzie stoi ekspres do kawy sprzed dekady.

Dlaczego tak się dzieje? Bo zarządy lubią przewidywalność. Lubią ludzi „sprawdzonych”, nawet jeśli oznacza to przewidywalność aż do nudy. Zatrudniając insidera, unikają ryzyka, że ktoś nowy wpadnie na pomysł zmiany – albo, co gorsza, że coś usprawni.

Według raportu, około 60% wszystkich członków najwyższego kierownictwa w największych amerykańskich firmach to osoby promowane wewnętrznie. W przypadku CEO i COO odsetek ten sięga 80% – to niemal korporacyjny dogmat.

CYNICZNYM OKIEM: CEO to nie tyle stanowisko, co nagroda lojalnościowa za lata siedzenia w tym samym open space i niepotrzebne pytania w nieodpowiednim momencie.

To właśnie dyrektor operacyjny (COO) jest dziś najbardziej oczywistym kandydatem na przyszłego prezesa. To on zna procesy, liczby, ludzi i – co najważniejsze – potrafi udawać, że wciąż nie chce tej pracy.

Raport wskazuje, że COO ma najlepszy „punkt startowy” do przejęcia władzy, bo jest najbliżej codziennego funkcjonowania firmy. W języku korporacyjnej poezji: „zna rytm organizacji”. W tłumaczeniu na język realny: potrafi gasić pożary, zanim zarząd w ogóle zauważy dym.

Nieco niżej na liście awansów znaleźli się dyrektorzy finansowi (CFO). To, że 7,5% obecnych prezesów pochodzi właśnie z działu finansów, nie dziwi – światem rządzą arkusze kalkulacyjne, nie innowacje.

Wielka korporacja, wielka kolejka do władzy

Im większa firma, tym mniejsze szanse dla outsidera. Największe korporacje „hodują” swoich liderów latami, przerzucając ich z działu do działu, z kraju do kraju, tworząc wrażenie wszechstronności.

Ten system ma swoje plusy: rady nadzorcze zyskują kilku kandydatów, których znają jak własne zegarki. Każdy z nich spędził na pokładzie wystarczająco długo, by wiedzieć, jak nie nacisnąć żadnego czerwonego guzika.

A jeśli ktoś spoza systemu zapragnie dorwać się do władzy – cóż. Zostaje mu startup, LinkedIn i kawałek muru, na który będzie mógł walić głową.

Według analizy, najczęściej z wewnętrznego awansu korzystają firmy przemysłowe i konsumenckie – odpowiednio 61% i 62%. W sektorze technologii lub ochrony zdrowia – zaledwie 56%.

Dlaczego? Bo branże stare jak fabryka i sprzedaż są oparte na hierarchii, tradycji i pamięci organizacyjnej. W techu i medycynie natomiast czasami udaje się jeszcze sprzedać narrację, że świeża krew to innowacja, a nie zagrożenie dla budżetu.

CYNICZNYM OKIEM: To zabawne – firmy technologiczne rewolucjonizują świat, ale wciąż awansują tych samych ludzi, których nie zwolniły pięć lat temu.

Badanie pokazuje, że sukcesja w firmie to nie spontaniczny akt demokratycznej iluminacji, tylko strategiczny plan zarządzania władzą. Wielkie korporacje ćwiczą ją jak dynastie królewskie – z pokolenia na pokolenie, tylko zamiast korony przekazuje się kartę firmową i obowiązek mówienia frazy „to wyzwanie, nie problem.”

Dobrze przygotowany następca to gwarancja, że firma się nie zmieni, nawet jeśli wszystko wokół niej runie.

System, który nagradza lojalność, a nie pomysłowość

Wnioski są oczywiste: chcesz zostać prezesem, nie wychylaj się. Przepracuj dekadę w tej samej firmie. Naucz się mówić językiem korporacyjnym: , „strategiczne paradygmaty”, „holistyczne podejście” itp. I przede wszystkim – unikaj błędów, które mogłyby dowieść, że masz własne zdanie.

Tak dochodzili do władzy Tim Cook (Apple), Satya Nadella (Microsoft) czy Ron Vachris (Costco) – wszyscy „ludzie z wewnątrz”, którzy cierpliwie czekali, aż ich poprzednicy znudzą się byciem nieomylnymi.

CYNICZNYM OKIEM: W korporacyjnym świecie nawet rewolucje odbywają się na podstawie protokołu, a nowy prezes to po prostu starszy kierownik z nową wizytówką.

Nowe dane nie są odkryciem – są potwierdzeniem smutnej prawdy: korporacje kochają przewidywalność bardziej niż geniusz. Najlepsza droga do fotela CEO to długa, konsekwentna wędrówka wewnątrz własnej klatki.

Awansuje nie ten, kto krzyczy, że zna przyszłość, lecz ten, kto wie, jak pamiętać przeszłość bez potknięć.

A gdy przyjdzie czas zmiany, zawsze można ogłosić ją jako „ciągłość strategicznej wizji.”

CYNICZNYM OKIEM: W teorii sukcesja to proces planowania sukcesu. W praktyce – procesu unikania zmian.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

TAGI:
KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *