Zachodnie media od tygodni serwują narrację o szlachetnych wojownikach walczących z opresyjnym reżimem. Tymczasem izraelscy urzędnicy – cytowani przez Financial Times – mówią bez owijania w bawełnę: „Jeśli uda nam się wywołać wojnę domową, świetnie. Izraela kompletnie nie obchodzi przyszłość ani stabilność Iranu”. Autorem tej oceny jest Danny Citrinowicz, ekspert ds. Iranu i starszy badacz w telawiwskim Instytucie Studiów nad Bezpieczeństwem Narodowym.
CYNICZNYM OKIEM: Wall Street Journal pisze o „utorowaniu drogi ludowemu powstaniu”. Financial Times cytuje izraelskiego analityka cieszącego się z perspektywy wojny domowej. Różnica między tymi dwoma tekstami to różnica między propagandą, a polityką.
Romantyzm kontra chłodny rachunek
Wall Street Journal opisuje izraelskie uderzenia w irańskie struktury państwa policyjnego jako akcję humanitarną – atak na aparat, który „brutalnie tłumił protesty i zabił tysiące ludzi”. W tej narracji siły USA i Izraela odgrywają rolę wyzwolicieli, a irański lud czeka tylko na sygnał, by przejąć władzę.
Izraelscy urzędnicy nie zadają sobie trudu podtrzymywania tej fasady. Cel jest trojaki: pucz wojskowy, masowe protesty uliczne lub – najlepiej – wieloletnia fragmentacja kraju na wzór syryjski.
Citrinowicz precyzuje, że nawet ważniejsze od zniszczenia irańskiego arsenału rakietowego i programu nuklearnego jest „podkopanie reżimu tak, aby musiał radzić sobie z problemami wewnętrznymi”. Chaos jako cel strategiczny, nie jako efekt uboczny.
Wielotygodniowa ofensywa, ogromny kraj
Izrael przygotowuje się co najmniej na wielotygodniową ofensywę wojskową wymierzoną w demontaż irańskich struktur państwowych. Jeden z byłych wysokich rangą izraelskich urzędników, zaznajomiony z obecnymi planami, nie ukrywa skali wyzwania: „To zajmie czas. Jest mnóstwo pracy do wykonania. Iran jest ogromny”.
To rzadki moment trzeźwości w narracji, która na co dzień woli operować obrazami szybkich zwycięstw i wdzięcznych tłumów.
CYNICZNYM OKIEM: Strategia „zasiania chaosu” brzmi przekonująco w salach konferencyjnych Tel Awiwu. Pytanie, czy ktoś pamięta, jak podobnie brzmiała w 2003 roku w Bagdadzie.
Nawet przychylny zachodnim rządom The Telegraph zaczyna dostrzegać drugą stronę rachunku – istnieje duże prawdopodobieństwo, że Stany Zjednoczone i Izrael poniosą dotkliwe straty w wyniku irańskiego oporu i kontrataków.
Co – jak zaznaczają autorzy – poniekąd już się dzieje. Iran jest dużym krajem z rozbudowanymi strukturami wojskowymi, a każda strategia oparta na wywołaniu wewnętrznego buntu zakłada, że społeczeństwo jest gotowe zbuntować się dokładnie wtedy i tak, jak tego oczekuje agresor z zewnątrz.
Historia rzadko bywa tak punktualna.


