Eskalacja na Bliskim Wschodzie weszła w nową, niebezpieczną fazę. Siły amerykańskie i izraelskie zaatakowały rurociąg gazowy oraz stację rozdzielczą gazu w irańskiej prowincji Isfahan i południowo-zachodnim mieście Chorramszahr – poinformowała irańska agencja Fars. To uderzenie w infrastrukturę energetyczną, które może przekreślić jakiekolwiek nadzieje na rychłe negocjacje i otworzyć drogę do odwetu, którego konsekwencje odczuje cały region Zatoki Perskiej.
Według doniesień agencji trafiony został budynek stacji rozdzielczej gazu w Isfahanie oraz rurociąg gazowy prowadzący do elektrowni w Chorramszahr, położonym przy granicy z Irakiem. Zniszczeniu uległ budynek administracji gazu ziemnego i stacja redukcji ciśnienia, a szkody materialne dotknęły również sąsiednie obszary mieszkalne. Oficjalnie nie odnotowano ofiar w ludziach, jednak skala zniszczeń infrastrukturalnych budzi poważny niepokój.
Negocjacje, których nie było
Historia ostatnich dni to mieszanka gróźb, blefów i sprzecznych komunikatów, które bardziej przypominają partię pokera niż dyplomację. 21 marca prezydent Donald Trump oświadczył, że Stany Zjednoczone zniszczą kilka irańskich elektrowni, jeśli Cieśnina Hormuz nie zostanie w pełni otwarta dla żeglugi w ciągu 48 godzin. Ultimatum było twarde i jednoznaczne.
Sztab Generalny Irańskich Sił Zbrojnych odpowiedział natychmiast – w przypadku takiego ataku Iran przeprowadzi uderzenia odwetowe na amerykańską infrastrukturę energetyczną i komunikacyjną w regionie.
Dwa dni później, 23 marca, Trump nakazał Pentagonowi odroczenie uderzeń na irańską infrastrukturę energetyczną o pięć dni. Powód? Rzekomo „konstruktywne rozmowy” między Waszyngtonem, a Teheranem. Prezydent USA ogłosił je jako „owocne” i stwierdził, że „rozmawia z ważną osobą w Iranie”.
Problem w tym, że irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz przewodniczący parlamentu kategorycznie zaprzeczyli, jakoby jakiekolwiek rozmowy się odbyły. Mamy więc sytuację, w której jedna strona chwali się negocjacjami, a druga twierdzi, że nie istnieją.
CYNICZNYM OKIEM: Trump ogłasza sukces rozmów, których druga strona nie potwierdza. To jak chwalenie się udaną randką, na którą nikt nie przyszedł – ale nagłówki już poszły w świat i rynki zdążyły zareagować.
Trump jednocześnie zapowiedział, że będzie „nadal bombardował”, jeśli negocjacje zakończą się fiaskiem. A poniedziałkowe uderzenia na Isfahan i Chorramszahr wydają się potwierdzać, że scenariusz dyplomatyczny – o ile kiedykolwiek był realny – właśnie się rozpadł.
Cieśnina Ormuz i widmo globalnego kryzysu
W tle głównych wydarzeń rozgrywa się kolejna rozgrywka o strategiczny szlak wodny. Trump twierdzi, że Cieśnina Ormuz będzie „wspólnie kontrolowana”, co samo w sobie jest rewolucyjną i kontrowersyjną deklaracją. Przedstawiciele USA przekazali CBS News, powołując się na dane wywiadowcze, że w tym kluczowym szlaku wodnym znajduje się co najmniej kilkanaście min podwodnych – informacja, która podnosi temperaturę całego konfliktu o kolejne stopnie.
Iran nie pozostaje bierny w retoryce. Teheran opublikował szeroką listę potencjalnych celów regionalnych i zagroził, że „cały region pogrąży się w ciemności”. To nie jest pusta groźba – irańskie zdolności rakietowe i sieć powiązań z grupami proxy w regionie czynią ją jak najbardziej realną.
Na scenę wchodzą też nowi gracze. Rosja i Pakistan podjęły się roli potencjalnych mediatorów, angażując się w kontakty dyplomatyczne z Teheranem. Rosja mediowała podczas rozmowy telefonicznej z irańskimi władzami, co dodaje konfliktowi kolejny wymiar geopolityczny.
Dyrektor wykonawczy Międzynarodowej Agencji Energetycznej nie owija w bawełnę. Jego ostrzeżenie jest porównaniem, które powinno zaniepokoić każdego – mówi o szokach naftowych na poziomie lat 70. XX wieku.
„Żaden kraj nie będzie odporny na skutki tego kryzysu, jeśli sytuacja nadal będzie zmierzać w tym kierunku” – stwierdził szef MAE.
To porównanie do kryzysu naftowego z 1973 roku nie jest przypadkowe. Wówczas embargo OPEC wywołało globalną recesję, kolejki na stacjach benzynowych i fundamentalną zmianę w światowej polityce energetycznej.
CYNICZNYM OKIEM: Wspólna kontrola nad Cieśniną Hormuz brzmi jak propozycja współdzielenia mieszkania z kimś, kogo właśnie zbombardowałeś. Dyplomacja w najlepszym wydaniu – najpierw niszczymy, potem proponujemy współpracę.
Stanowisko Izraela również nie napawa optymizmem. Izraelski urzędnik przekazał, że Tel Awiw nie przewiduje rychłego zakończenia wojny i planuje kontynuować operacje, choć zamierza unikać uderzeń w aktywa stricte energetyczne. Strona amerykańska z kolei zapewnia, że Izrael „będzie zadowolony” – co sugeruje, że za kulisami trwa koordynacja działań o znacznie szerszym zakresie, niż oficjalnie się przyznaje.
Reakcja rynków finansowych w ciągu dnia była chwiejna i pełna nerwowości. Początkowo ropa poszła w dół, rentowności obligacji spadły, a akcje wzrosły – klasyczna reakcja na sygnały deeskalacji po słowach Trumpa o rozmowach. Jednak wszystkie te wartości szybko oddaliły się od skrajnych reakcji, w miarę jak rosło zwątpienie w realność dyplomatycznego rozwiązania przy jednoczesnej kontynuacji uderzeń.
„Rynek obudził się z potencjalnie dobrymi wiadomościami” – powiedział Chris Larkin z E*Trade przy Morgan Stanley.
„Jednak kontynuacja jakiegokolwiek rajdu ulgi prawdopodobnie będzie wymagała wymiernych postępów na froncie geopolitycznym. Wciąż żyjemy na rynku napędzanym przez nagłówki gazet” – dodał.
Na rynkach prognostycznych szanse na zawieszenie broni do 30 kwietnia początkowo wystrzeliły powyżej 65 procent, ale szybko spadły z powrotem poniżej 50 procent. Euforia trwała krócej niż poranna kawa tradera.

Krishna Guha z Evercore oddał nastroje analityków najcelniej: „Niemożliwe jest stwierdzenie, czy sygnał ten oznacza realny postęp w stronę zakończenia wojny, czy też Trump zygzakuje, aby zyskać na czasie i powstrzymać ropę przed wybiciem w kierunku 150 dolarów”.
Guha dodał jednak, że „powinno to zapewnić przynajmniej krótkie wytchnienie w kwestii stóp procentowych – a być może coś więcej”.
Jedno jest pewne – uderzenie w infrastrukturę gazową Isfahanu to eskalacja, która niesie potencjał irańskiego odwetu na obiekty w regionie Zatoki Perskiej. A to z kolei może doprowadzić do spirali przemocy, której konsekwencje wykraczają daleko poza Bliski Wschód. Świat znów stoi na krawędzi, a lista pytań bez odpowiedzi rośnie szybciej niż lista celów do zbombardowania.


