W Iranie znów płoną ulice. Od końca grudnia 2025 roku kraj ogarnęła fala protestów, która zaczęła się od załamania kursu riala, a przerodziła w otwarty bunt przeciwko reżimowi ajatollahów. Według organizacji praw człowieka zginęły już setki demonstrantów, a tysiące trafiły do więzień.
CYNICZNYM OKIEM: Irański reżim udowadnia, że inflacja zabija nie tylko gospodarkę – ale też tych, którzy odważą się o niej mówić.
Liczba ofiar rośnie, liczby się nie zgadzają
Z norweskiej organizacji Iran Human Rights napłynęły informacje o co najmniej 192 potwierdzonych ofiarach, lecz w niezweryfikowanych raportach pojawiają się dane nawet o ponad 2 tysiącach zabitych. Z kolei amerykańska agencja HRANA mówi o 538 osobach zabitych, w tym 490 protestujących i 48 funkcjonariuszach aparatu bezpieczeństwa.
Według HRANA ponad 10 tysięcy osób zostało zatrzymanych, choć rzeczywiste liczby mogą być znacznie wyższe. Potwierdzenie tych danych jest niemal niemożliwe – Iran odciął internet i kontroluje każdy przekaz medialny. Większość doniesień trafia na Zachód przez sieci działaczy, często z tygodniowym opóźnieniem.
Ostatnie takie protesty – po śmierci Mahsy Amini w 2022 roku – zakończyły się falą egzekucji. Tym razem represje wydają się jeszcze brutalniejsze.
Prezydent Masoud Pezeshkian oskarża „zagraniczne ośrodki” o podsycanie niepokojów i zapowiada, że rząd „porozmawia z protestującymi, którzy zostali wprowadzeni w błąd.” Według państwowych mediów PressTV, młodzież ma się nie dać „zwieść terrorystom szkolonym przez wrogów.”
W całym kraju dochodzi jednak do aktów desperacji – płoną meczety, sądy, posterunki policji. Teheran i Isfahan przypominają oblężone miasta. Ulice patrolują oddziały elitarnej Gwardii Rewolucyjnej, które używają ostrej amunicji. Świadkowie mówią o ostrzałach z dachów budynków i aresztach prowadzonych metodą „pacyfikacji kwartałów”.
CYNICZNYM OKIEM: Reżim twierdzi, że rozmawia z obywatelami – rzeczywiście, tylko że głównie przez megafony oddziałów specjalnych.
Gospodarka jako zapalnik
Bezpośrednim impulsem był katastrofalny kurs riala, który spadł poniżej 1,4 miliona za dolara. Sankcje nałożone za program atomowy doprowadziły do finansowej zapaści, a rosnące ceny paliw i żywności stały się iskrą.
To już nie są klasowe demonstracje o chleb – to rozpacz całego narodu. Na transparentach protestujących widać hasła: „Śmierć dyktatorowi”, „Chcemy życia, nie fatwy”, „Rial umarł, my żyjemy.”
Analitycy zauważają, że w kraju z ponad siedemdziesięcioprocentową inflacją i bezrobociem wśród młodych sięgającym 40 procent, gniew ma swoje bardzo materialne źródła.
Cisza z Teheranu, echa z Waszyngtonu
Iran nie publikuje żadnych oficjalnych danych o ofiarach. Występujący w parlamencie przewodniczący Mohammad Baagher Qalibaf zagroził, że „każdy atak na Iran spotka się z odwetem wobec Izraela i baz USA”.
W tym samym czasie prezydent Donald Trump, świeżo po spektakularnej operacji w Wenezueli, ogłosił:
„Iran patrzy dziś na wolność. USA są gotowe pomóc!”
W rozmowie z dziennikarzami posunął się dalej: „Jeśli reżim zacznie zabijać ludzi jak kiedyś – uderzymy bardzo mocno tam, gdzie najbardziej zaboli.”
To nie pierwszy raz, gdy Trump stawia na dyplomację gróźb. W 2020 roku rozkazał zabicie generała Qassema Soleimaniego, kluczowego dowódcy Gwardii Rewolucyjnej. Latem ubiegłego roku jego administracja – razem z Izraelem – uderzyła w irańskie obiekty nuklearne. Wówczas Teheran odpowiedział serią rakietowych ataków na amerykańskie bazy w Katarze.
Strach przed kolejnym frontem. Naród podłączony do ciszy
Iran jest dziś w politycznym potrzasku. Reżim dusi protestującą ludność, jednocześnie próbując uniknąć otwartego starcia z USA. Ale każda kolejna ofiara zwiększa ryzyko interwencji – choćby ograniczonej do cyberataków i sankcji selektywnych.
Niektórzy w Teheranie liczą na to, że Trump nie chce drugiej Wenezueli i poprzestanie na retoryce. Inni – zwłaszcza wśród Gwardii Rewolucyjnej – apelują o prewencyjny kontratak.
Dlatego groźby Qalibaba o uderzeniu w „okupowane terytoria” (czyli Izrael) należy traktować nie tyle jako zapowiedź wojny, ile sygnał desperacji.
CYNICZNYM OKIEM: Władze Iranu znalazły się w sytuacji, gdzie każda decyzja wydaje się samobójcza – pozostaje więc liczyć, że wybiorą najmniej efektowną.
Najbardziej przerażający w tym wszystkim jest brak głosów z wewnątrz. Od tygodni Iran pogrążony jest w cyfrowym blackoutcie – bez internetu, z blokadą GSM i kontrolą sieci satelitarnych.
To oznacza, że świat widzi tylko urywki filmów: ludzi tańczących wokół ognisk w nocnym Teheranie, kobiety śpiewające na dachach domów, oddziały milicji bijące demonstrantów w ciasnych uliczkach.

Każdy z tych obrazów jest jak fragment większej historii, której nikt nie może opowiedzieć w całości.
Organizacje międzynarodowe – od Amnesty po ONZ – wzywają Iran do „powściągliwości”, co w języku dyplomacji znaczy mniej więcej tyle, co nic.
Tymczasem z każdą godziną rośnie liczba ofiar i pogłębia się wrażenie, że świat zaakceptował przemoc, o ile odbywa się wystarczająco daleko.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy pali się Bliski Wschód, Europa wydaje rezolucje, a Stany Zjednoczone ostrzegają – do momentu, aż płomienie zaczynają ogrzewać ich własne interesy.
W Iranie nie chodzi już tylko o kryzys gospodarczy. To społeczne powstanie przeciw religijnej władzy, która utraciła moralny mandat, a mimo to nadal strzela do tłumów, by zachować władzę nad ciszą. I jak każda władza, która boi się własnego społeczeństwa, w końcu przekroczy granicę, zza której już nawet propaganda się nie przebije.


