Dzień przed wizytą Benjamina Netanjahu w Mar-a-Lago, gdzie izraelski premier ma przekonywać Donalda Trumpa do kolejnej wojny z Iranem, głos zabrał irański prezydent Masud Pezeszkian. W rozmowie opublikowanej na stronie Najwyższego Przywódcy Iranu stwierdził, że „Ameryka, Izrael i Europa już prowadzą z nami pełnoskalową wojnę” – choć nie używają bomb, a sankcji, kampanii medialnych i presji gospodarczej. Jego słowa to nie tylko diagnoza, ale też prowokacja: klasyczny sygnał ostrzegawczy w języku dyplomacji, który brzmi jak groźba zakamuflowana w trosce o jedność narodową.
Pezeszkian, który objął urząd po tragicznej śmierci poprzednika w katastrofie śmigłowca w 2024 roku, znów próbuje konsolidować władzę w kraju rozgrywanym między izolacją, a wewnętrznym sprzeciwem. Od oszczędzania energii w swoich gabinetach po pompatyczne hasła o „narodowej spójności” – jego przekaz jest jasny: Iran nie ugnie się, choć gospodarka ledwo dyszy.
CYNICZNYM OKIEM: Irańscy przywódcy już dawno zrozumieli, że każda sankcja to szansa na wewnętrzną lojalność. Wojna z Zachodem to w Teheranie nie dramat – to polityczny model zarządzania państwem.
Netanyahu, Trump i nowa definicja „pokoju”
W tym samym czasie Netanjahu pakuje argumenty i mapy – dosłownie. Według izraelskich źródeł, ma podczas spotkania w Mar-a-Lago przekonywać Trumpa do wznowienia ofensywy wobec Iranu. Tym razem pretekstem nie jest już program nuklearny (którego istnieniu nawet amerykański wywiad zaprzecza), lecz odbudowa irańskiego arsenału rakietowego po tzw. 12-dniowej wojnie z czerwca 2025 roku.
Tamten konflikt kosztował życie ponad tysiąca osób w Iranie i kilkudziesięciu w Izraelu. Choć zakończył się szybkim zawieszeniem broni, jego rezultat był dla Tel Awiwu trudny do przełknięcia – Iran po raz pierwszy zdołał skutecznie uderzyć w izraelskie cele strategiczne, w tym rafinerię w Hajfie. Dla Netanjahu, którego polityczne przetrwanie zależy od wizerunku twardego lidera, utrzymanie status quo „wzajemnego odstraszania” to porażka.
CYNICZNYM OKIEM: Izrael mówi o bezpieczeństwie, gdy traci przewagę. Ameryka mówi o pokoju, gdy potrzebuje pretekstu do działania. Iran mówi o honorze, gdy brakuje chleba. W tej orkiestrze każdy gra swoją melodię, ale wszyscy znają nuty wojny.
W samej Ameryce sytuacja nie jest mniej napięta. Po krwawej kampanii z czerwca konserwatywny elektorat Trumpa wciąż nie wybaczył mu decyzji o wysłaniu wojsk do wsparcia Izraela. Republikańska prawica jest dziś podzielona jak nigdy – między sojuszników Tel Awiwu, a frakcję izolacjonistyczną, która woli granice zamknięte niż otwarte fronty.
Trump, przygotowujący się do wyborów parlamentarnych i możliwego powrotu do władzy, stoi więc przed starym dylematem w nowej odsłonie: czy opłaca się znów grać rolę obrońcy Izraela, ryzykując kolejną wojnę i własny elektorat?
Bo gdy jedni szykują mapy bombardowań, inni liczą głosy – i to te drugie, jak pokazuje historia, częściej decydują o losie wojen niż generałowie.


