Każda wojna jest testem wytrzymałości, ale nie zawsze chodzi o żołnierzy. Konflikt w Iranie okazał się bezlitosnym audytem amerykańskiej bazy przemysłowej i obnażył coś, o czym od lat mówiono szeptem – Stany Zjednoczone nie mają zdolności produkcyjnych, by prowadzić wojnę, którą same rozpoczęły. Wydrążony przemysł, skonsolidowany sektor zbrojeniowy i uzależnienie od zagranicznych komponentów tworzą obraz mocarstwa, które wydaje biliony na armię, ale nie jest w stanie zapewnić jej podstawowych materiałów.
Zamknięcie Cieśniny Ormuz uderzyło nie tylko w ropę. Około jedna trzecia światowego transportu nawozów przepływa przez tę cieśninę, a wojna wybuchła w szczycie wiosennego sezonu siewnego. Ceny nawozów gwałtownie wzrosły, wywołując niepokój wśród rolników na całym świecie. Pikanterii dodaje fakt, że Stany Zjednoczone posiadają wystarczające zasoby naturalne – azot, fosforyty, potas – by zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. W latach 30. i 40. XX wieku Tennessee Valley Authority był jednym z największych producentów nawozów na świecie. Produkcję wygaszono w latach 70., a dziś branżę kontrolują dwie do czterech firm. Ameryka ma surowce pod stopami, ale zdecydowała się je importować zza oceanu – przez cieśninę, którą właśnie zamknęła.

CYNICZNYM OKIEM: Kraj, który potrafi zbombardować pół świata, nie potrafi wyprodukować nawozu na własne pole. To nie tragedia – to komedia zarządzania w wykonaniu supermocarstwa.
Armia za bilion dolarów, która kończy się po tygodniu
Braki w amunicji to jednak dopiero początek absurdu. Systemy rakietowe THAAD są tak skomplikowane, że produkuje się ich zaledwie 96 rocznie. Około jedna czwarta amerykańskich zapasów została zużyta już podczas krótkiej wojny Izraela z Iranem w ubiegłym roku, a obecny konflikt pochłania kolejne każdego dnia. Magazyny systemów przechwytujących Patriot były zapełnione tylko w jednej czwartej przed rozpoczęciem wojny, zapasy pocisków Tomahawk znajdowały się znacznie poniżej celu, a tylko w pierwszych dwóch dniach kampanii w Iranie wystrzelono broń o wartości około 5,6 miliarda dolarów. Analitycy posiadający wiedzę w tej kwestii są zgodni – krajowi zostało kilka tygodni bombardowań, zanim zabraknie amunicji precyzyjnej.
Sekretarz obrony Pete Hegseth stwierdził, że wojnę uratowało przejście na mniejsze bomby zamiast „wyrafinowanej” amunicji. Skoro sytuacja jest tak świetna, pojawia się pytanie – po co kierownictwo Boeinga, Raytheon, Lockheed Martin, Northrop Grumman i General Dynamics zostało wezwane do Białego Domu niecały tydzień po wybuchu wojny, by omawiać przyspieszenie produkcji? W latach 90. dziesiątki wykonawców wojskowych zredukowano do tych pięciu głównych integratorów na polecenie sekretarza obrony Clintona, Lesa Aspina, podczas spotkania znanego jako „Ostatnia Wieczerza”. Monopolizacja sektora zbrojeniowego nie przyniosła efektywności – przyniosła patologię.
Czołowi wykonawcy wojskowi wydali 110 miliardów dolarów na wykup akcji własnych w ciągu ostatnich pięciu lat – kwota tak odrażająca, że nawet Trump wydał dekret próbujący tego zakazać. Lockheed posiada myśliwiec F-35 Joint Strike Fighter, którego całkowity koszt cyklu życia wyniósł 2 biliony dolarów, a który nie może latać na długich dystansach, nie nadaje się do walki na bliskim dystansie i ma setki ciągłych wad, które nigdy nie wstrzymały jego produkcji. Jak to ujął autor oryginalnej analizy – jeśli masz armię za bilion dolarów, ale tydzień po jej użyciu wszyscy krzyczą, że wszystko się skończyło i potrzeba więcej pieniędzy, to nie masz armii za bilion dolarów – masz fabrykę wzbogacania wykonawców.
Ziemie rzadkie – chiński as w rękawie
Jest jednak problem jeszcze głębszy niż brak pocisków. Ameryce brakuje komponentów do tej broni równie bardzo, jak mocy przerobowych do jej budowy. Najbardziej krytycznym niedoborem są metale ziem rzadkich używane w systemach naprowadzania pocisków. Według South China Morning Post Stanom Zjednoczonym pozostały jedynie dwa miesiące zapasów ziem rzadkich na potrzeby wojskowe. Chiny posiadają niemal monopol na ich przetwarzanie i wykorzystują to jako narzędzie nacisku w wojnach handlowych – naprzemiennie włączając i wyłączając kontrole eksportu.
Administracja Trumpa kupowała udziały w krajowych firmach zajmujących się ziemiami rzadkimi, ale i tu nie brakuje kontrowersji. Niedawne objęcie udziałów w USA Rare Earth jest skażone faktem, że dawny bank Howarda Lutnicka, Cantor Fitzgerald, jest głównym agentem emisji tej firmy. Kolesiostwo w tych transakcjach sugeruje, że głównym celem jest nie tyle odbudowa krajowych łańcuchów dostaw, co moszczenie sobie gniazdek. Nawet gdyby były to uczciwe umowy, zakładanie kopalń i zakładów przetwórczych może zająć lata – a bomby spadają codziennie.
Ironii dopełnia fakt, że USA wynalazły magnesy z ziem rzadkich używane we wszystkich tych technologiach, a potem oddały cały przemysł i zamknęły ostatni zakład przetwórczy ponad 20 lat temu. Zniszczenie sektora pojazdów elektrycznych przez administrację Trumpa wyeliminowało dodatkowy rynek, który mógłby utrzymać krajowych producentów przy życiu. Czas trwania i intensywność amerykańskich wysiłków wojennych zależą więc w bardzo realnym stopniu od woli Chin – rywala, z którym jednocześnie toczy się wojna handlowa.
Biały Dom przebąkuje o wniosku o dodatkowe 50 miliardów dolarów, a Lockheed po spotkaniu w Białym Domu obiecał „poczwórnie” zwiększyć produkcję Tomahawków – bez podania ram czasowych. Obecne linie produkcyjne są zbyt małe na tak ekstremalne przyspieszenie, a brak konkurencji potęguje problem.
Biznesowa mantra przenoszenia produkcji tam, gdzie jest najtaniej, zemściła się na Ameryce w niezliczonych branżach – od nawozów po komponenty rakietowe. Monopolizacja, finansjalizacja i globalizacja zniszczyły nie tylko samowystarczalność, ale i zdolność do prowadzenia wojny, która stała się głównym narzędziem geopolityki. To był świadomy wybór i jak każdy wybór, można go teoretycznie odwrócić. Wymagałoby to jednak odsunięcia od władzy tych, którzy na obecnym stanie rzeczy zarabiają miliardy.


