W amerykańskiej polityce zagranicznej wszystko prędzej czy później sprowadza się do psychologii Donalda Trumpa – do jego potrzeby dominacji i inscenizowania własnej siły. Każdy jego kryzys przypomina grę w „czy odważy się nacisnąć przycisk”, w której finale zwykle musi wyjść na zwycięzcę, nawet jeśli niczego nie zdobył. Tak powstało słynne akronimowe określenie: TACO – Trump Always Chickens Out (Trump zawsze się wycofuje).
Dziś pytanie brzmi: czy w przypadku Iranu powtórzy się ten scenariusz?
Wojna w głowie. Fantazje o „decydującym uderzeniu”
Trump lubi szantażować rzeczywistość – grozić „łatwym albo trudnym sposobem”. Dotąd działało: Korea Północna, Wenezuela, Ukraina – wszędzie kończyło się „sukcesem umownym”, ogłoszonym dopiero, gdy wycofanie dało się sprzedać jako zręczne posunięcie z podręcznika Art of the Deal.
W przypadku Iranu to jednak inne rozdanie. Tym razem prezydent nie straszy sankcjami, lecz pełną kampanią na rzecz „demontażu reżimu”. Jego wysłannicy mantrują, że „wszystkie opcje są na stole”, choć to już slogan zużyty jak stare propagandowe ulotki. W efekcie Bliski Wschód drży – nawet Benjamin Netanjahu, dotąd najgłośniejszy zwolennik twardych działań wobec Teheranu, obawia się długiej, krwawej wojny.
CYNICZNYM OKIEM: Trump chce wojny błyskawicznej na wzór filmu akcji – in-boom-out – takiej, w której nie giną Amerykanie, a Waszyngton wychodzi na zwycięzcę bez jednego trupa.
Byli wojskowi przypominają jednak, że „decydujący” w terminologii armii oznacza zniszczenie przeciwnika do tego stopnia, że nie może odpowiedzieć. Kolonel Larry Wilkerson, niegdyś bliski współpracownik Colina Powella, zauważył ironicznie, że taki scenariusz brzmi bardziej jak uprowadzenie Maduro niż operacja przeciwko państwu liczącemu 90 milionów ludzi.
Tymczasem realia wojskowe są przeciwko Trumpowi. Według analityka Willa Schryvera „nie ma w regionie żadnej koncentracji sił, która pozwalałaby na decydujące uderzenie”. Do Jordanii wysłano kilka eskadr F‑15, parę dziesiątek transportowców C‑17 i systemy obrony przeciwrakietowej. Nawet z lotniskowcem USS Gerald Ford w tle to raczej osłona przed dronami niż ofensywne przygotowanie do wojny.
Z perspektywy technicznej atak wydaje się niewykonalny: marynarka nie zaryzykuje wejścia do Zatoki Perskiej, tankowce nie polecą nad Iranem, a zasięg myśliwców ograniczy się do 600 mil. Nawet kilkaset rakiet manewrujących Tomahawk nie zdoła sparaliżować kraju tej wielkości. Marzenie o krótkiej, efektownej wojnie jest więc arytmetycznie niemożliwe.
Upadły mit przewrotu
Na początku roku Waszyngton próbował innego scenariusza – „wewnętrznego przewrotu” inspirowanego przez zewnętrzne struktury. Według pułkownika Keane’a Pentagon liczył, że niewielka pomoc dla protestujących wystarczy, by reżim sam się zawalił. Kiedy bunt się rozsypał, narracja zmieniła się błyskawicznie: teraz mówi się o „konieczności wprowadzenia większej siły ognia”, by rzekomo wzmocnić wcześniejszy plan.
W efekcie powstała medialna fikcja: „największa koncentracja wojsk USA w regionie od czasów obu wojen w Zatoce”. Schryver komentuje to z sarkazmem: „To absurd. To zaledwie parę samolotów i magazyny amunicji. Nawet razem z flotą nie wystarczy na symboliczne uderzenie.”
Tymczasem Teheran nie blefuje. Minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi zapowiedział: „Pełnoskalowe starcie będzie brutalne i długie. Dla wszystkich.”
Obserwatorzy zauważają, że Iran przygotowuje się do najgorszego scenariusza na dwóch frontach: wzmacnia obronę przed nalotami i uszczelnia aparat bezpieczeństwa wewnętrznego przed ewentualnymi prowokacjami.
Z izraelskich raportów wynika, że protesty w Iranie już wygasły i służby oceniaj ą sytuację jako stabilną. Polityczne „momentum” przeminęło – jeśli w ogóle istniało. „Nawet gdyby Stany i Izrael razem przeprowadziły atak, nie obaliłyby rządu bez wojsk lądowych” – podsumował publicysta Yedioth Ahronot Ronen Bergman.
Trump między wojną, a rynkiem
Wojna, która nie daje się wygrać szybko, dla Trumpa jest politycznie toksyczna. Jego notowania poparcia spadły do 47 %, a rynki reagują nerwowo na każdy sygnał eskalacji. Jeszcze w styczniu seria groźnych tweetów doprowadziła do spadku rentowności obligacji i paniki w sektorze finansowym – dokładnie tak jak w czasie „afery Grenlandzkiej”, gdy musiał wycofać się z taryf wobec Europy.
Dlatego scenariusz najbardziej prawdopodobny to kolejny TACO: półkrok w tył, opakowany w retorykę zwycięstwa. Trump może ograniczyć się do zmasowanej ofensywy gospodarczej – nowych sankcji, cyberataków i groźby „paraliżu irańskiej gospodarki”, a potem ogłosić sukces bez jednego wystrzału.
CYNICZNYM OKIEM: W polityce Trumpa każda wojna to reality show. Jeśli nie da się wygrać w pierwszym sezonie, program zostaje zdjęty z anteny.
Iran nie jest Wenezuelą. Nie da się go przewrócić tweetem ani przekupić sankcjami. Dlatego Trump prawdopodobnie zrezygnuje z otwartego konfliktu, sprzedając go opinii publicznej jako „rozsądne zwycięstwo dyplomacji”. Nie z miłości do pokoju, ale z zimnej kalkulacji: prawdziwa wojna to kamery, trumny i nieprzewidywalność – trzy rzeczy, których boi się bardziej niż własnych wrogów.
Kiedy w historii prezydentów USA wojny stawały się problemem wyborczym, kończyły się szybciej niż zaczęły. Trump, mistrz autopromocji, wie, że jedyną bitwą, której nie może przegrać, jest ta z własnym wizerunkiem.
A to oznacza, że Iran może spać niespokojnie, ale raczej nie od huku bomb – tylko od niepewności, czy tym razem prezydent naprawdę naciśnie przycisk, czy znów – jak zawsze – TACO.


