Piętnastu bojowników proirańskich Ludowych Sił Mobilizacyjnych (PMF) zginęło we wtorek w amerykańskich nalotach na prowincję Anbar w zachodnim Iraku. Wśród zabitych znalazł się wysoki rangą dowódca operacji w tym regionie, Saad Dua al-Bayji. PMF nie szczędziło ostrych słów, nazywając atak bezczelnym i tchórzliwym.
„Dowódca operacji w Anbarze poniósł męczeńską śmierć wraz z grupą swoich bohaterskich towarzyszy w wyniku zdradzieckiego amerykańskiego ataku powietrznego, który wycelowano w kwaterę dowodzenia podczas pełnienia przez nich narodowego obowiązku” – podała organizacja w oświadczeniu cytowanym przez The Cradle.

Premier dał zgodę na odwet
To, co nastąpiło po ataku, ma znacznie poważniejsze konsekwencje niż same naloty. Iracka Rada Bezpieczeństwa Narodowego pod przewodnictwem premiera Mohammeda Shii al-Sudaniego dała PMF zielone światło na odpowiadanie na amerykańskie uderzenia. Rząd, który formalnie jest sojusznikiem Waszyngtonu, oficjalnie błogosławi więc walkę z siłami USA.
PMF obarczyło iracki rząd „pełną odpowiedzialnością” za „przeciwstawienie się tym powtarzającym się amerykańskim naruszeniom i zajęcie jasnego oraz zdecydowanego stanowiska w celu zachowania suwerenności kraju”.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka dwadzieścia lat budowała w Iraku demokrację na swój obraz. Teraz ta demokracja demokratycznie zdecydowała, żeby Amerykanie spadali.
PMF to koalicja głównie szyickich milicji sprzymierzonych z Iranem, powołana w 2014 roku do walki z ISIS. Oficjalnie stanowi część irackich sił bezpieczeństwa, co czyni obecną sytuację wyjątkowo groteskową – USA bombardują formacje państwa, które same pomagały tworzyć.
Od rozpoczęcia 28 lutego wojny USA i Izraela przeciwko Iranowi Stany Zjednoczone przeprowadziły rozległe uderzenia na PMF, zabijając dziesiątki bojowników. Odpowiedzią są nieustanne ataki rakietowe i dronowe na amerykańskie bazy i placówki dyplomatyczne, za które odpowiedzialność bierze Islamski Opór w Iraku (IRI).
Ewakuacja w cieniu rakiet
Sytuacja wymknęła się na tyle spod kontroli, że USA nakazały wszystkim amerykańskim obywatelom opuszczenie Iraku, a NATO wycofało swoje siły z kraju. W poniedziałek IRI oświadczył, że Amerykanie ewakuowali również Camp Victory – główną bazę w pobliżu lotniska w Bagdadzie – choć oficjalnie tego nie potwierdzono.
„Potwierdzamy, że siły amerykańskie i NATO zakończyły wycofywanie się z Camp Victory za pomocą samolotów transportowych i pojazdów drogą lądową w kierunku Jordanii” – podała grupa.
„Nie pozwolimy obecnemu rządowi ani przyszłemu rządowi pozwolić Amerykanom i NATO na powrót do Iraku” – dodał IRI.
Nawet Kataib Hezbollah – jedna z najpotężniejszych milicji sprzymierzonych z Iranem – ogłosiła zawieszenie ataków na ambasadę USA w Bagdadzie. Nie z dobrego serca, lecz by dać Amerykanom czas na ewakuację.
„Naszym głównym warunkiem jest wydalenie wszystkich zagranicznych wojsk z północy na południe Iraku” – powiedział przedstawiciel organizacji.
CYNICZNYM OKIEM: Kataib Hezbollah wstrzymuje ogień, żeby wróg zdążył uciec. To nie jest gest humanitarny – to upokorzenie serwowane z uśmiechem.
Gdyby wycofanie z Bagdadu potwierdziło się oficjalnie, amerykańskie siły pozostałyby jedynie w irackim Kurdystanie – ostatnim przyczółku dwudziestoletniej obecności, która zaczyna wyglądać jak najdroższa porażka w historii Bliskiego Wschodu.



