Włochy wchodzą w olimpijski rok nie tylko z entuzjazmem, ale i ze spięciem mięśni. Premier Giorgia Meloni, która lubi siebie przedstawiać jako obrończynię narodowej dumy, otworzyła właśnie nowy front – tym razem przeciwko własnym obywatelom. Po sobotnich protestach antyolimpijskich w Mediolanie, zakończonych starciami z policją i sabotowaniem linii kolejowych, Meloni nazwała demonstrantów „wrogami Włoch i Włochów.”
Igrzyska jako test lojalności narodowej
W swoim emocjonalnym wpisie na Instagramie premier podkreśliła, że „tysiące Włochów pracują dniami i nocami, by igrzyska były sukcesem” i że wielu z nich robi to bez wynagrodzenia – z czystego patriotyzmu. Następnie dodała: „a potem są ci, którzy są wrogami Italii, protestują przeciw igrzyskom i wysyłają te obrazy w świat.” Jej słowa brzmiały bardziej jak przemówienie na wiecu niż oświadczenie szefa rządu. W jednym zdaniu „protestujący” stali się „gangami przestępców”.
CYNICZNYM OKIEM: Włoska polityka ma jeden stały element – zawsze znajdzie się ktoś, kogo można nazwać „wrogiem narodu”, by przykryć własne problemy organizacyjne.
Według włoskich mediów w sobotnich protestach uczestniczyło kilka tysięcy osób. Około setka z nich starła się z policją, rzucając racami, butelkami i petardami. Funkcjonariusze odpowiedzieli armatkami wodnymi, zatrzymano sześć osób. Jednocześnie nieznani sprawcy przecięli kable kolejowe, co sparaliżowało ruch pociągów między Mediolanem, a innymi miastami Lombardii.
Narastająca niechęć wobec „olimpijskiej fasady”
Choć Meloni mówi o „sabotażu przeciwko narodowi”, protestujący mają swoje powody. Część demonstracji skierowana była przeciwko udziałowi Izraela w igrzyskach w cieniu wojny w Strefie Gazy, inni sprzeciwiają się obecności agentów amerykańskiego ICE w operacjach antyterrorystycznych związanych z bezpieczeństwem wydarzenia.
Jeszcze inni krytykują koszty i wpływ inwestycji olimpijskich na środowisko. Rząd, jak zwykle, wszystko wrzucił do jednego worka z napisem „anarchiści”.
Meloni, polityczka, która zbudowała swój wizerunek na konflikcie, doskonale wie, jak przekształcać protest społeczny w spektakl polityczny. Jej atak w mediach społecznościowych nie był więc spontaniczny – był starannie przygotowanym kadrem: „ja i Włochy” kontra „oni – wrogowie narodu”. To dobrze znana retoryka, sprawdzona przez populistów od Brukseli po Waszyngton.
CYNICZNYM OKIEM: Włoska premier nie potrzebuje opozycji, skoro ma Instagram i tysiące „niepatriotycznych” obywateli do potępienia.
Między policją, a propagandą. Patriotyzm w czasach propagandy
Współczucie dla policji i służb porządkowych, jakie wyraziła premier, było oczywiście elementem większej układanki. Wizerunek państwa w kryzysie – a mimo to silnego, jednocześnie ofiary i obrońcy – pozwala Meloni utrwalać model władzy opartej na emocjach. Im większy gniew, tym prostszy przekaz: „kto nie z nami, ten przeciw nam.”
Takie podejście nie jest jednak bez konsekwencji. W kraju, gdzie tradycja protestu jest tak stara jak sama republika, zamiana demonstracji społecznych w przestępstwo staje się formą politycznej cenzury. Drobny incydent, zamieniony przez media w symbol narodowej zdrady, to zresztą idealne paliwo dla narracji o „jednym moralnie czystym narodzie”, który musi się oczyścić z niepokornych.
Rzecz w tym, że sama infrastruktura igrzysk jest daleka od sielanki. Budżet puchnie, terminy realizacji opóźniają się, a organizatorzy walczą o utrzymanie wizerunku „nowoczesnych Włoch”. Rząd desperacko potrzebuje sukcesu medialnego, który zrównoważy letnią falę krytyki za spowolnienie gospodarcze i rosnące bezrobocie wśród młodych. Olimpiada ma być dowodem, że Italia znów potrafi marzyć.
Dlatego każdy, kto kwestionuje ten sen, automatycznie staje się „zagrożeniem”. Nie ma znaczenia, czy protest dotyczy ekologii, Palestyny czy kosztów inwestycji. Włoski premier traktuje każdą formę niezgody jak sabotaż – nawet jeśli jest to po prostu forma społecznego niepokoju o kierunek, w jakim zmierza państwo.
CYNICZNYM OKIEM: Dla Meloni igrzyska to nie święto sportu, lecz test lojalności wobec władzy – kto gwiżdże z trybun, ten gwiżdże przeciwko Italii.
Ostatecznie sobotni protest był czymś więcej niż tylko zakłóceniem porządku. Był przypomnieniem, że nie każda odmowa uczestnictwa w narodowym spektaklu jest sabotażem. Meloni może zyskać krótkoterminowy kapitał polityczny, ale za cenę jeszcze głębszego podziału między „prawdziwymi Włochami” a resztą kraju. A podzielony kraj trudno sprzedać światu jako olimpijskie widowisko jedności.
Włoska premier marzy o igrzyskach, które pokażą siłę i elegancję Italii. Ale coraz bardziej przypomina, że pod fasadą sportowego entuzjazmu kryje się kraj, który nie potrafi już rozmawiać sam ze sobą. I o ile emocje są paliwem dla polityki, o tyle rządy na emocji trwają krótko – zwykle do momentu, gdy kurtyna opada, a tłum zaczyna gwizdać naprawdę.


