Ceremonia wręczenia Oscarów od lat przestała być świętem kina. Zamieniła się w coś, co można by nazwać politycznym wiecem z czerwonym dywanem – schizofreniczny sen gorączkowy pełen progresywnych tyrad, deklaracji ideologicznych i banałów, które zdają się nie mieć końca. Owszem, celebryci zawsze lubili się wypowiadać na tematy wykraczające poza ich kompetencje, ale w ostatniej dekadzie nastąpiła zmiana jakościowa. Hollywood nie tylko pilnuje dostępu i blokuje konserwatywne poglądy – najgorsze mechanizmy kontroli społecznej wymierza teraz we własnych ludzi. Wystarczy na chwilę wystąpić z szeregu, a kolektyw natychmiast przypomina o tym, gdzie twoje miejsce.
Tegoroczna gala dostarczyła dwóch incydentów, które razem tworzą obraz branży w stanie panicznego rozkładu. I oba dotyczą tego samego lęku – że Hollywood traci kontrolę nad kulturą.

Chalamet powiedział prawdę i zapłacił za to publicznie
Timothée Chalamet, nominowany do Oscara aktor znany przede wszystkim z serii „Diuna”, stał się obiektem zmasowanego ataku podczas ceremonii. Hollywoodzkie media i uczestnicy gali poświęcili mu serię złośliwości, szyderstw i publicznych upokorzeń. Można by pomyśleć, że popełnił jakąś straszną zbrodnię – a tymczasem powiedział po prostu prawdę.
Podczas dyskusji z Variety i CNN w Austin, Chalamet zasugerował coś, czego w Hollywood nie wolno mówić głośno – że branża filmowa może tracić na znaczeniu kulturowym. Ujął to zresztą niezwykle ostrożnie:
„Jestem dokładnie pośrodku… Podziwiam ludzi, którzy idą do talk-show i mówią: »Hej, musimy utrzymać kina przy życiu«. A inna część mnie czuje, że jeśli ludzie chcą coś zobaczyć, jak »Barbie« czy »Oppenheimera«, to pójdą to zobaczyć. Nie chcę pracować w balecie, operze czy rzeczach, gdzie mówi się: »Hej, utrzymajcie to przy życiu«, mimo że nikogo to już nie obchodzi.”
Jego spostrzeżenia były całkowicie logiczne – prosta analogia ilustrująca nadzieję, że kino pozostanie samowystarczalne zamiast stać się niszą błagającą o przetrwanie. Prawdą jest, że nikt poza maleńką mniejszością entuzjastów nie dba już o operę czy balet. Ale hollywoodzkie elity wpadły w szał.
Z biegiem wieczoru stało się jasne, że Oscary zamieniają się dla Chalameta w publiczną „sesję samokrytyki”. W finałowym numerze muzycznym pojawił się tancerz baletowy jako demonstracyjny przekaz skierowany do aktora. Conan O’Brien i laureaci nagród sypali złośliwościami. Chalamet podobno opuścił galę przed jej zakończeniem, nie mogąc znieść niekończącej się lawiny obelg – za to, że odważył się powiedzieć głośno, iż Hollywood może mieć kłopoty.
CYNICZNYM OKIEM: W Hollywood wolność słowa działa dokładnie jak w sekcie – możesz mówić, co chcesz, pod warunkiem że to dokładnie to, co chcą usłyszeć wszyscy inni.
YouTuber, który zawstydził całą branżę
Drugi incydent dotyczył Markipliera, czyli Marka Fischbacha – topowego YouTubera, który otrzymał zaproszenie na Oscary w ramach partnerstwa branży z platformą YouTube. Miał przejść po czerwonym dywanie, ale został „uprzątniętym” sprzed kamer przez obsługę VIP wydarzenia. Przypadek? Wielu obserwatorów nie jest przekonanych.
Markiplier to twórca niskobudżetowego filmu „Iron Lung” opartego na grze wideo – horroru wyprodukowanego za zaledwie 3 miliony dolarów, który zarobił w kinach 47 milionów. Ta ogromna marża zysku miażdży większość hollywoodzkich produkcji, z których spora część przyniosła straty w zeszłym roku.
Dla porównania – zdobywca Oscara i pro-antifowski film „One Battle After Another” stracił ponad 100 milionów dolarów. „Iron Lung” powstał w Austin w Teksasie, całkowicie omijając hollywoodzką maszynkę, i udowodnił coś fundamentalnego – w erze cyfrowej wielkie studia nie mają już znaczenia, o ile potrafisz opowiedzieć dobrą historię.
Film ten ustanowił precedens dla niezależnych filmowców i stał się strzałem ostrzegawczym w stronę tradycyjnej branży. Niektórzy krytycy twierdzą, że oscarowe zamieszanie wokół Markipliera zostało celowo zaprojektowane, by trzymać YouTubera z dala od reflektorów. Hollywood nie chce poświęcać uwagi twórcy, który napędza dyskusje o dystrybucji online i decentralizacji – zmianach, które podważą ich kontrolę.
Markiplier twierdzi, że incydent musiał być „pomyłką”. Jednak trudno nie zauważyć szerszego wzorca – rynek kina niezależnego został w ostatnich latach zdewastowany.
CYNICZNYM OKIEM: Hollywood zaprasza YouTubera na galę, a potem chowa go przed kamerami. To jak zaprosić wilka na owczą kolację i zdziwić się, że owce nerwowo beczą.
Jedyne niskobudżetowe filmy przechodzące przez hollywoodzki filtr to progresywne manifesty. Staje się coraz bardziej oczywiste, że jedynym powodem istnienia tradycyjnego biznesu filmowego jest rola propagandowego ramienia ideologicznej religii, która dawno przestała interesować masową widownię.
Te dwa incydenty razem obnażają system w fazie rozkładu – system pełen lęku przed utratą wpływu na popkulturę, kulturę młodzieżową i ogólnie zachodnie społeczeństwo. Progresywny klub „złośliwych dziewczyn” desperacko zwiera szyki, każe za niesubordynację i chowa przed światem każdego, kto udowadnia, że król jest nagi. Problem w tym, że widownia już dawno to zauważyła – i coraz głośniej przełącza kanał.



