Holenderski rząd odmówił interwencji w sprawie zakazu wjazdu do Wielkiej Brytanii dla konserwatywnej komentatorki Evy Vlaardingerbroek.
Jej elektroniczne zezwolenie na podróż (ETA) zostało cofnięte przez Londyn z uzasadnieniem, że jej obecność jest „niezgodna z interesem publicznym”. Decyzja nie podlega odwołaniu, a Holandia nie zamierza pytać o powody.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych – w odpowiedzi parlamentarnej z 30 stycznia – jasno stwierdziło: „Nie”, zapytane, czy zwróciło się do brytyjskiego rządu o wyjaśnienia. A zapytane, czy zamierza to zrobić, dodało: „Rząd Niderlandów nie angażuje się w indywidualne przypadki”.
Dla wielu Europejczyków to pierwsza oficjalna reakcja Holandii, tyle że brzmi bardziej jak westchnienie niż stanowisko.
CYNICZNYM OKIEM: W 2026 roku państwo narodowe stało się tak nowoczesne, że nie broni już nawet własnych obywateli – chyba że mają ponad 100 milionów obserwujących.
Krytyka Starmera, potem e-mail z zakazem
Vlaardingerbroek – znana z ostrych komentarzy wobec liberalnych elit – otrzymała mail z informacją o cofnięciu zezwolenia kilka dni po tym, jak publicznie skrytykowała premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera.
Napisała wtedy: „Zakazano mi wjazdu do Wielkiej Brytanii. Bez powodu. Bez odwołania. Po prostu e-mail, że nie jestem ‘korzystna dla dobra publicznego’ – trzy dni po tym, jak skrytykowałam rząd.”
Z przekąsem dodała: „Chyba właśnie udowodniono mój punkt, że Wielka Brytania nie jest już wolnym krajem.”
Wsparcie z zagranicy, cisza w domu
Podczas gdy premierzy Orbán i Salvini, a nawet przedstawiciele Departamentu Stanu USA, wyrazili zaniepokojenie, rząd w Hadze odpowiedział, że „nie ma podstaw, by sądzić, iż powodem decyzji były jej poglądy”. Dodał też, że cofnięcie ETA „nie jest równoznaczne z zakazem wjazdu”, choć faktycznie oznacza konieczność ubiegania się o wizę.
Vlaardingerbroek komentuje to gorzko: „Węgry mnie zapraszają, Holandia się odwraca. Miło wiedzieć, na kogo zawsze można liczyć.”
CYNICZNYM OKIEM: Holendrzy nie interweniują, bo nie wypada psuć relacji z Londynem. Wolność słowa? Owszem – pod warunkiem, że nie dotyczy sojusznika handlowego.
Sprawa pokazuje, jak łatwo można dziś uciszyć niewygodne głosy, powołując się na enigmatyczne „dobro publiczne”. Vlaardingerbroek nazwała politykę Brytyjczyków „dwutorową sprawiedliwością” – migranci mile widziani, krytycy deportowani elektronicznie.
Brytyjski rząd milczy, a holenderski nabrał wody w usta. W Europie wolność słowa wciąż istnieje – tylko trzeba uważać, dokąd chcesz ją zabrać w podróż.


