Sammy Azdoufal, hiszpański inżynier oprogramowania, chciał po prostu ulepszyć swojego nowego robota sprzątającego. Urządzenie – luksusowy model DJI Romo za 2000 dolarów – miało sprzątać domy, sprzątać podłogi i unikać przeszkód. Brzmiało idealnie, dopóki Azdoufal nie postanowił połączyć go z kontrolerem PlayStation 5, bo – jak sam żartował – żaden inteligentny człowiek nie pozwala, by odkurzacza nie dało się sterować joystickiem.
Wtedy zaczęło się robić naprawdę dziwnie. Korzystając z asystenta kodowania opartego na AI, inżynier rozpracował protokół komunikacji między robotem, a chmurą producenta. Zamiast uruchomić tylko swój własny odkurzacz, odkrył, że jego token uwierzytelniający zapewnia dostęp do 7000 innych robotów w 24 krajach. Kamera, mikrofon, mapy mieszkań, status pracy – wszystko stało przed nim otworem.

Internet rzeczy, czyli prywatność w promocji
Azdoufal szybko przekonał się, że nie trafił na błąd kosmetyczny. Wystarczyło wpisać 14-cyfrowy numer seryjny dowolnego Romo, by zobaczyć jego aktualny stan – czyszczenie salonu, poziom baterii, dokładny plan pomieszczeń. W jednym z testów, z laptopa w Hiszpanii, zdalnie obserwował robota sprzątającego mieszkanie kolegi w innym kraju. Wszystko na żywo.
Jeszcze gorzej – zdołał ominąć zabezpieczenie PIN i uruchomić transmisję wideo z własnego robota, machając do kamery, jakby właśnie udowadniał, że cyberprzyszłość można otworzyć jednym kliknięciem.

CYNICZNYM OKIEM: Prywatność to dziś towar luksusowy, a my oddajemy ją za błyszczące aplikacje, które obiecują „inteligentny dom”. W praktyce oznacza to tylko, że ktoś sprytniejszy będzie miał jeszcze inteligentniejszy wgląd w twoje życie.
Z udostępnionych danych wynikało, że adresy IP ujawniały przybliżone lokalizacje użytkowników, co – po połączeniu z obrazem z kamer – zamieniało niewinny odkurzacz w mały, mobilny system szpiegowski. W złych rękach takie narzędzie mogłoby służyć do śledzenia, podsłuchiwania, a nawet sterowania urządzeniami w cudzych domach.
DJI pod ostrzałem regulatorów i polityki
Gdy o odkryciu poinformowano producenta, chińska firma DJI zareagowała stosunkowo szybko – wykryła problem podczas wewnętrznego audytu pod koniec stycznia 2026 roku, wdrożyła poprawki 8 lutego i pełną aktualizację dwa dni później. Jednak wizerunkowe szkody już się dokonały.
Nie mogło się to wydarzyć w gorszym momencie. Zaledwie dwa miesiące wcześniej Federalna Komisja Łączności USA (FCC) wpisała DJI i inne chińskie firmy dronowe na tzw. Covered List, co w praktyce blokuje zatwierdzanie nowych modeli na rynku amerykańskim. Decyzję uzasadniono obawami o bezpieczeństwo narodowe – rzekomym powiązaniem tych spółek z władzami w Pekinie i ryzykiem wycieku danych.
DJI odparło, że działania FCC są „bezpodstawne i arbitralne”, ograniczając dostęp amerykańskich klientów do nowoczesnych technologii bez solidnych dowodów na zagrożenie. Firma złożyła nawet skargę do amerykańskiego sądu apelacyjnego, twierdząc, że postępowanie regulatora narusza prawo do rzetelnego procesu.
Sprawa nabrała wymiaru geopolitycznego. Szef FCC Brendan Carr już w zeszłym roku stwierdził, że niektóre „podmioty z listy objętej zakazem” wciąż próbują prowadzić interesy w USA, mimo formalnych blokad. Oznacza to nie tylko walkę o rynek dronów, ale pełzający konflikt o to, kto zbuduje cyfrowe fundamenty przyszłości – i kto będzie miał wgląd w dane generowane przez miliardy urządzeń.
Na tle tego sporu przypadek Azdoufala brzmi jak niechciany eksperyment, który obnażył realia: połączenie sztucznej inteligencji, taniej produkcji i globalnych chmur danych to przepis na katastrofę, której nikt nie zaplanował – ale wszyscy mogą w niej uczestniczyć.
CYNICZNYM OKIEM: Jeśli przyszłość świata zależy od ludzi majsterkujących w salonie z padem w ręku, to może faktycznie sztuczna inteligencja okaże się mądrzejsza – przynajmniej dopóki nie dostanie własnego odkurzacza.
Kiedy kontrola nad technologią staje się iluzją
Sam Azdoufal zachował zimną krew i zgłosił sprawę mediom zamiast wykorzystać ją do celów mniej szlachetnych. Ale jego historia wpisuje się w większy obraz – świat, w którym wszystko jest „inteligentne”, a więc potencjalnie podatne na włamanie.
Odkurzacz z kamerą, lodówka z mikrofonem, samochód z pełnym dostępem przez internet – każda z tych rzeczy łączy komfort z ryzykiem.
Tak naprawdę nikt już nie wie, gdzie przebiega granica między urządzeniem domowym a punktem dostępu dla obcych oczu. I może właśnie dlatego, zamiast kolejnej aktualizacji bezpieczeństwa, przydałaby się aktualizacja zdrowego rozsądku.


