W kraju, który jeszcze niedawno chełpił się liberalizmem i nowoczesnością, władza znów odkryła starą obsesję – kontrolę słowa. Hiszpańska minister ds. młodzieży i dzieci, Sira Rego, ogłosiła w nagraniu, że rząd Pedro Sáncheza zamierza „ograniczyć, a najprawdopodobniej zakazać” używania platformy X (dawnego Twittera) w całym kraju.
Oficjalny powód? Ochrona nieletnich. Faktyczny – jak sugerują komentarze użytkowników i mediów – zduszenie krytyki wobec skrajnie niepopularnej polityki premiera.
Kiedy „bezpieczeństwo” znaczy cenzurę
Rego w swoim oświadczeniu zapowiedziała, że kolejnym krokiem rządu będzie „limitować, a być może zakazać” używania X dla wszystkich Hiszpanów. W praktyce chodzi o projekt ustawy zakazującej dostępu do mediów społecznościowych osobom poniżej 16. roku życia – z obowiązkiem wdrożenia tzw. realnego uwierzytelniania wieku.
Premier Sánchez tłumaczy to troską o dzieci, obiecując „barierę, która naprawdę działa”. O dziwo jednak, ta troska nie dotyczy innych platform, takich jak Snapchat, która ma udokumentowaną historię przypadków groomingu i przestępstw wobec nieletnich.
CYNICZNYM OKIEM: Jeśli naprawdę chodziłoby o dzieci, Snapchat byłby zakazany jako pierwszy. Ale Snapchat nie publikuje memów o korupcji.
Decyzja o banie X nie jest przypadkiem w czasie. Rząd Sáncheza tonie w kryzysach politycznych: od szeroko krytykowanej amnestii dla pół miliona nielegalnych migrantów po serię afer korupcyjnych w jego otoczeniu – w tym w rodzinie premiera.
W sieci wrze. Tysiące użytkowników X oskarża rząd o zdradę obywateli i import wyborców z Afryki Północnej. Posty z hasztagami #SanchezCorrupto i #AmnistiaDeTraicion biją rekordy popularności. I właśnie teraz władza uznaje, że „trzeba chronić debatę publiczną przed nienawiścią.”
Nie przypadkiem celem jest X – jedyna platforma, gdzie mechanizm Community Notes pozwala na natychmiastowe weryfikowanie kłamstw polityków.
Cenzura po europejsku
To nie pierwszy front wojny Brukseli i jej sojuszników z Elonem Muskiem. W zeszłym tygodniu francuska policja dokonała nalotu na paryskie biuro X, prowadząc śledztwo o „nielegalne treści”, a w rzeczywistości – o złamanie przepisów cenzurujących przekaz. Musk odpowiedział, że to „atak polityczny”, a firma nazwała działania władz „nadużyciem prawnym”.
Komisja Europejska również nałożyła na X karę 120 mln euro za rzekome łamanie ustawy o usługach cyfrowych (DSA). Oskarżenia sięgają od „braku dostępu badaczy do danych” po „dezinformację poprzez błękitne odznaki.”
Ostatnio Bruksela uderzyła w Groka – sztuczną inteligencję X – zarzucając jej możliwość generowania „manipulowanych treści erotycznych.” Jednocześnie aplikacje ChatGPT czy Gemini, które oferują te same funkcje, nie wzbudziły żadnego alarmu.
CYNICZNYM OKIEM: Europejska równość szans kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność słowa.
Brytyjski rząd Keira Starmera zachowuje się jak wierny uczeń modelu brukselskiego. Z pomocą Online Safety Act planuje wprowadzenie pełnej kontroli nad platformami społecznościowymi, a w razie oporu – ich blokadę. Oczywiście pod pretekstem „ochrony dzieci”.
Tymczasem statystyki wskazują, że prawie połowa przestępstw wobec nieletnich w sieci odbywa się na Snapchacie, nie na X. Ale Snapchat, należący do „zaufanego” amerykańskiego establishmentu, nie jest problemem. X – który ośmiela się publikować fakty niezgodne z rządowymi narracjami – już tak.
Nowa Europa, stary problem
Elon Musk, który stale powtarza, że „wolność słowa nie podlega negocjacjom”, odpowiedział krótko, lecz celnie. Wpisem: “Dirty Sánchez” – określeniem, które jednocześnie nawiązuje do nazwiska premiera, jego politycznych metod i brudnej etyki kompromisu.
W tle trwa kampania demonizująca miliardera: europejskie media mówią o „sieci nienawiści” i „zagrożeniu dla demokracji”. Jednak w społeczeństwach, gdzie krytyka rządu coraz częściej uznawana jest za przestępstwo, narracja o „zagrożeniu dla demokracji” nabiera ironicznego znaczenia.
Hiszpania ma więc wybór: powtórzyć błędy autorytarnych sąsiadów, którzy uważali, że społeczeństwo można wychować przepisem, albo zaakceptować ryzyko, że wolność oznacza również niezgodę.
Zakaz X – podobnie jak unijne mandaty, francuskie naloty i brytyjskie paragrafy – to element jednej logiki: kontrolować przekaz pod sztandarem bezpieczeństwa.
Tyle że bezpieczeństwo zawsze jest tymczasowe. Cenzura – jeśli się uda – zostaje na lata.
CYNICZNYM OKIEM: Europa Zachodnia zaczyna przypominać to, czym niegdyś straszyła Wschód – system, w którym partia decyduje, co można zobaczyć, przeczytać i napisać.
Paradoks jest prosty: im bardziej rządy próbują zamknąć usta obywatelom, tym szybciej tracą ich zaufanie. X może zostać zablokowany, ale treści nie da się już zablokować – przeniesie się na inne kanały, inne formaty, inny język.
Hiszpania Sáncheza wierzy, że zlikwiduje problem krytyki, likwidując miejsce, gdzie się ona pojawia. Ale historia mówi jasno – każda władza, która zaczyna walczyć z memami, kończy przegrywając z rzeczywistością.


