Lorena Cueto, socjalistyczna burmistrz Cartes w północnej Hiszpanii, wpadła w polityczną burzę po tym, jak sprzeciwiła się przyjęciu 18 nieletnich migrantów do lokalnego ośrodka. Najpierw nazwała relokację „karą dla gminy” i wydała pilny nakaz administracyjny wstrzymujący przyjazd dzieci, grożąc nawet odcięciem wody i prądu w budynku, do którego mieli trafić.

Tym samym stanęła w konflikcie… z własną partią. Bo decyzja o rozlokowaniu nieletnich pochodziła z rządu Pedro Sáncheza (PSOE), czyli tego samego ugrupowania, do którego Cueto należy.
CYNICZNYM OKIEM: W Hiszpanii nawet socjaliści nie wiedzą, czy bardziej boją się migrantów, czy własnych centralnych komitetów.
Bunt burmistrz kontra partyjna dyscyplina
Regionalny resort spraw społecznych w Kantabrii, kierowany przez Begoñę Gómez del Río, uznał działania Cueto za nielegalne manewry i zapowiedział pozew. Oficjalne kontrole potwierdziły, że ośrodek ma pełne pozwolenia i zgodność z przepisami.
Del Río oskarżyła burmistrz o „podsycanie paniki i ostrzeganie innych gmin przed własnymi migrantami.” Lokalne protesty mieszkańców – przekonanych, że ich miasteczko nie ma infrastruktury ani patroli nocnych – tylko dolały oliwy do ognia.
Gdy presja polityczna zaczęła rosnąć, a media krajowe ruszyły z oskarżeniami o hipokryzję PSOE, Cueto w mniej niż 24 godziny zmieniła stanowisko.
Na swoim profilu społecznościowym napisała, że „żałuje wszystkiego, co się wydarzyło” i zapewniła, że Cartes jest gotowe przyjąć dzieci „teraz i w przyszłości”. Jak wyjaśniła – jej „najwyższym priorytetem jest bezpieczeństwo i dobrostan nieletnich.”
Partia gasi pożar, mieszkańcy – nadal przeciwni
Sekretarz generalny PSOE w Kantabrii, Pedro Casares, przyznał, że rada gminy „popełniła błąd i działała pochopnie”, ale zapewnił, że burmistrz nie zostanie ukarana partyjnie – wystarczy „samokrytyka”. Minister ds. dzieci Sira Rego nazwała wcześniejsze decyzje Cueto „absolutnie nie do przyjęcia”: „Prawa dzieci nie są czymś, czym można żonglować w debacie publicznej.”
CYNICZNYM OKIEM: W PSOE przeprosiny działają jak amnestia – wystarczy jedno „mea culpa” i wina znika szybciej niż migrant z dokumentów.
Mieszkańcy Cartes pozostają sceptyczni. Protestują, wskazując, że gmina liczy zaledwie 6 000 osób i nie ma zaplecza, by zająć się traumatyzowanymi młodymi uchodźcami. „Nie uważamy ich za przestępców,” powiedział „El País” jeden z mieszkańców, „ale to nie jest miejsce, gdzie można ich naprawdę zintegrować.”
Cartes stało się więc mikrokosmosem europejskiego dylematu: między polityką solidarności, a świadomością, że dobroczynność kosztuje – nie tylko politycznie, ale i społecznie.


