Google odkrywa wolność słowa – ironia XXI wieku

Gdy nawet Google zaczyna mówić o wolności słowa, wiadomo, że świat stanął na głowie

Jarosław Szeląg
5 min czytania

Gdy nawet Google zaczyna mówić o wolności słowa, wiadomo, że świat stanął na głowie. Gigant, który przez lata był symbolem cyfrowej cenzury, nagle występuje w roli jej obrońcy. Tym razem to Wielka Brytania stała się celem jego krytyki – a pretekstem nowa ustawa o bezpieczeństwie online (Online Safety Act), która rzekomo ma chronić internautów. W praktyce jednak wygląda na to, że chce ich uciszyć.

Cenzor oskarża cenzora. Londyn kontra internet

Google, który dotąd blokował niewygodne treści, demonetyzował konserwatywne kanały i usuwał „nieprawomyślne” opinie, ogłosił właśnie, że brytyjskie regulacje „zagrażają wolności słowa”. I choć brzmi to jak news prosto z Pudelka, to niestety prawda.

„Prawo zmusi platformy do nadmiernego usuwania treści ze strachu przed olbrzymimi karami – nawet do 10% globalnych przychodów” – pisze firma w uwagach do brytyjskiego regulatora Ofcom. Google dodaje, że taki system może „zdusić innowacje” i wypchnąć niektóre serwisy z brytyjskiego rynku.

Trudno jednak nie zauważyć ironii. To właśnie Google, firma, która z entuzjazmem wycinała z przestrzeni publicznej setki tematów „niezgodnych z linią korporacyjną”, dziś bije na alarm, że rząd może zrobić to samo.

CYNICZNYM OKIEM: To trochę tak, jakby lis organizował konferencję o ochronie drobiu – i jeszcze dostał owacje na stojąco.

Brytyjskie prawo, które miało być tarczą przeciwko przemocy i nadużyciom w sieci, szybko zamieniło się w pałkę administracyjną do kontrolowania przekazu. Każdy tweet, mem czy film może trafić pod lupę państwa.

Symbolem nowej epoki absurdu jest mężczyzna skazany na 18 miesięcy więzienia za dwa tweety, które zobaczyło zaledwie 33 użytkowników. Nie trzeba już zorganizować protestu, by zostać wywrotowcem – wystarczy mieć konto na X.

Nic dziwnego, że nawet amerykańscy politycy reagują z niepokojem. Wiceprezydent JD Vance ostrzegł, że Londyn „idzie ciemną ścieżką” ograniczeń, a prezydent Donald Trump zawiesił wart 40 miliardów dolarów kontrakt technologiczny z Wielką Brytanią, protestując przeciw jej „rozprawie z wolnością słowa”.

Trump posunął się dalej, oferując azyl obywatelom brytyjskim skazanym za „przestępstwa myślowe.” Dla Downing Street – policzek. Dla świata – znak, że wolność słowa stała się walutą międzynarodowych sporów.

Musk, czyli duch rewolucji

Nie da się pominąć jednego nazwiska: Elon Musk. Jego przejęcie Twittera i przekształcenie go w X – platformę bez strażników ideologii – było punktem zwrotnym. Musk odwrócił logikę cenzury: zamiast „chronić użytkowników przed treściami”, pozwolił im samym decydować, co jest dopuszczalne.

Efekt? Presja na resztę Big Techu. Nawet firmy tak przewrażliwione na punkcie wizerunku jak Google muszą dziś udawać obrońców wolności, żeby nie stracić globalnej narracji.

CYNICZNYM OKIEM: Uczciwie – Musk nie tyle przywrócił wolność słowa, ile zmusił konkurencję, by znów zaczęła o niej mówić, choćby z grymasem hipokryzji.

W wystąpieniach przedstawicieli Google widać niepokój. Firma obawia się, że brytyjskie przepisy mogą stworzyć precedens dla innych rządów, które przyjmą podobne modele cenzury prewencyjnej – oczywiście w imię bezpieczeństwa.

Mówiąc wprost: Google boi się utraty monopolu na własną cenzurę. Jeśli państwa wezmą ten przywilej, firmy stracą kontrolę nad tym, co widzi i myśli użytkownik.

To nie wolność słowa ich niepokoi – to konkurencja w dziedzinie kneblowania.

Globalne przebudzenie czy nowy teatr? Cyfrowe imperium paradoksu

Niektórzy widzą w tym wszystkim kulturową zmianę – koniec ery „woke capitalizmu”. Świat technologiczny niby zwraca się ku „neutralności”, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że to po prostu nowa maska dla starych interesów – tym razem w kolorze wolności.

CYNICZNYM OKIEM: Big Tech nauczył się, że lepiej wyglądać jak obrońca wolności słowa, niż jak jej zarządca. Rezultat? Stara kontrola w nowym opakowaniu.

Britannia reguluje, Google protestuje, Musk ironizuje, a zwykły użytkownik zastanawia się, czy w ogóle jeszcze ma prawo mówić bez ryzyka bana lub paragrafu.

Sytuacja jest groteskowa – strażnicy internetu kłócą się o to, kto ma prawo ograniczać wolność w imię jej ochrony.

Ostatecznie nie chodzi już o debatę między rządem a korporacją, tylko o to, kto szybciej nauczy się kontrolować ludzi, twierdząc, że ich wyzwala.

CYNICZNYM OKIEM: Może więc Google rzeczywiście stało się symbolem wolności. Ale tylko tej, którą można zmonetyzować.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *