Istnieje mechanizm, który pozwala utrzymywać iluzję dobrobytu nawet wtedy, gdy fundamenty gospodarcze trzeszczą w posadach. Polega on na zastąpieniu autentycznych sygnałów ekonomicznych sztucznymi symbolami – a najważniejszym z tych symboli stała się giełda. Jeśli akcje rosną, gospodarka jest dobra. Jeśli indeksy biją rekordy, wszyscy się bogacą. Przynajmniej tak brzmi narracja, którą serwuje się milionom ludzi, którzy w większości żadnych akcji nie posiadają.
Mechanizm ten opiera się na fundamentalnym rozróżnieniu między systemami samokorygującymi a samolikwidującymi. Systemy wykorzystujące sprzężenie zwrotne do równoważenia ekstremów zwalniają i reorganizują się, zanim dotrą do urwiska. Systemy, w których sprzężenie zwrotne zostało celowo wyłączone – bo groziło zmniejszeniem zysków uprzywilejowanych – przyspieszają w stronę przepaści, napędzane samowzmacniającym się pędem.
Sztuczność jako narzędzie kontroli
Reagowanie na sygnały ze świata rzeczywistego grozi zmniejszeniem udziału wtajemniczonych w łupach. Aby do tego nie dopuścić, sterują oni systemem z dala od rzeczywistości, tworząc sztuczną, syntetyczną reprezentację opartą nie na faktach, lecz na symbolice. A symbolikę można zaprojektować tak, aby służyła interesom tych, którzy trzymają stery władzy i wpływów.
Ta służalcza wobec własnych interesów sztuczność przybiera wiele form: manipulowanie statystykami, by „pudrować rzeczywistość”, ogłaszanie sfabrykowanych porozumień o rzekomo magicznych mocach, ustawodawstwo oparte na sygnalizowaniu cnoty, które nic nie zmienia w sposobie dystrybucji zysków, czy górnolotne twierdzenia o innowacjach technologicznych – które tak się składa, że należą do garstki korporacji – mających rzekomo przynieść korzyści wszystkim.

Wyniesienie giełdy do rangi jedynego prawdziwego wskaźnika kondycji gospodarki opiera się na całym uniwersum mitologii. Giełda to „niewidzialna ręka”, magiczny mechanizm odkrywania cen, silnik wzrostu nagradzający innowacyjność, perpetuum mobile czyniące Amerykę największym generatorem dobrobytu w historii.
Jak w każdym dobrym oszustwie, pod tym szumem kryje się ziarno prawdy. Niemanipulowany rynek rzeczywiście ma potencjał, by nagradzać innowacyjność i generować powszechny dobrobyt. Jednak cały sens tych mitologii polega na tym, by ubrać zmanipulowany rynek w szaty rynku autentycznego.

CYNICZNYM OKIEM: Cesarz jest nagi, ale dopóki indeks S&P 500 rośnie, wszyscy udają, że podziwiają kolekcję haute couture. Magiczny realizm Wall Street w najlepszym wydaniu.
Bańka wszystkiego i godzina rozliczenia
Obecna rzeczywistość wygląda następująco: giełda stała się gospodarką, motorem bogactwa i dobrobytu – ponieważ górne 10 procent, które posiada większość akcji, może wydawać na tyle swobodnie, by zatrudniać dolne 90 procent i płacić podatki potrzebne do finansowania rozrastającego się sektora państwowego. Ten z kolei hojnie udziela dotacji każdej klasie, aby odwlec godzinę rozliczenia.
To oczarowanie przypomina baśń o nowych szatach cesarza – fabrykacja, opowieść, która zaczyna żyć własnym życiem jako masowe złudzenie. Tyle że konsekwencje tego złudzenia są jak najbardziej realne.
Wszystkie bańki na aktywach kredytowych są z natury niestabilne – więc pękają. Choć dokładnego momentu nie da się przewidzieć, upadek tego, co jest wewnętrznie samolikwidujące się, jest całkowicie przewidywalny. Wewnętrzna dynamika takich systemów gwarantuje, że finałem jest wygaśnięcie.
Wersja masowego złudzenia brzmi pocieszająco: „bańka wszystkiego” jest trwała i nigdy nie pęknie, a jeśli tak się stanie, jakaś agencja o boskich mocach pośpieszy na ratunek. To samo mówiono przed każdym krachem w historii – od tulipanomanii po 2008 rok.

CYNICZNYM OKIEM: Plan awaryjny dla bańki spekulacyjnej polega na dmuchaniu jeszcze mocniej. Gdy nie zadziała – winny będzie „nieprzewidywalny czarny łabędź”, a nie ci, którzy przez lata pompowali balon.
Projekcja oparta na symetrii bańki i niezmienności skali mówi jedno: to, co rośnie po sztucznej trajektorii, spadnie po trajektorii równie dramatycznej. Fakt, że cesarz jest kompletnie nagi, nie powinien nikogo dziwić. Ale przebudzenie z masowego złudzenia jest z samej swej natury szokującą niespodzianką – bo cały system został zaprojektowany po to, żeby moment otrzeźwienia odwlekać tak długo, jak to tylko możliwe. A gdy w końcu nadchodzi, nikt nie jest gotowy. Bo gotowość wymagałaby przyznania, że „dobre wieści” nigdy nie były tak dobre, jak wyglądały na ekranie brokera.



