Wycofanie pozwu cywilnego przeciwko Gerry’emu Adamsowi w sprawie trzech zamachów bombowych IRA powinno być momentem zamknięcia. Kropką na końcu zdania, które ciągnęło się przez dekady. Stało się jednak czymś zupełnie innym – kolejnym rozdziałem w historii, która nie ma prawa się skończyć, bo zbyt wielu ludzi czerpie z niej korzyści. Sprawa, która toczyła się przed londyńskim Sądem Najwyższym, dotyczyła ataków IRA w Londynie i Manchesterze w 1973 oraz 1996 roku. Trzech powodów – John Clark, Jonathan Ganesh i Barry Laycock – zarzucało 77-letniemu Adamsowi osobistą odpowiedzialność za obrażenia, jakich doznali w tych zamachach. Żądali symbolicznego odszkodowania w wysokości jednego funta. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o coś znacznie cenniejszego – o publiczne wskazanie palcem i powiedzenie: to on.
Tyle że palec zawisł w powietrzu. Prawniczka powodów Anne Studd KC oświadczyła przed sądem, że postępowanie zostanie umorzone bez nakazu pokrycia kosztów procesowych. Gdy próbowała wyjaśnić publicznie powody tej decyzji, sędzia uciął krótko – sąd nie jest miejscem na wygłaszanie oświadczeń publicznych. Dziewięć dni przesłuchań, ponad 100 000 funtów zebranych przez crowdfunding, notatki rządu brytyjskiego, list od prezydenta Clintona, cytaty irlandzkich ministrów – wszystko to rozpłynęło się w proceduralnej mgle pojęcia „nadużycie procesu”.
Teatr odpowiedzialności zastępczej
Nasza czytelniczka Agnieszka, która od lat śledzi sprawy związane z konfliktem w Irlandii Północnej, przesłała redakcji obszerną analizę tego, co kryje się za kulisami marcowego procesu. Jej obserwacje są bezlitosne, ale trudno odmówić im trafności. Jak pisze, sprawa miała charakter cywilny, nie karny, i opierała się na konstrukcji 'vicarious liability’ – odpowiedzialności pośredniej, symbolicznej, a nie dowodowej. A to oznacza niższy standard dowodowy niż w prawie karnym, brak konieczności wykazania osobistego sprawstwa i ciężar narracyjny zamiast faktograficznego.
Świadkowie w takich sprawach mogą pozostać anonimowi, co – jak zauważa Agnieszka – skutecznie eliminuje realną konfrontację i osłabia możliwość obrony. Celem takiego procesu nie jest ustalenie prawdy w sensie ścisłym, lecz umożliwienie sądowi wydania orzeczenia, które da się sprzedać jako moralne zwycięstwo. Prawnicy Adamsa argumentowali zresztą wprost, że sprawa opierała się na „zbiorze pogłosek” i została wniesiona o kilkadziesiąt lat za późno.
Sugerowali również, że powództwo cywilne nie miało na celu udowodnienia odpowiedzialności za trzy ataki bombowe, lecz próbę ustanowienia znacznie szerszego procesu, do którego „sąd nie jest powołany ani przygotowany”. W tym modelu oskarżony przestaje być osobą – staje się nośnikiem odpowiedzialności zbiorowej.

CYNICZNYM OKIEM: Najbardziej użyteczna dla wszystkich jest narracja, w której nikt nie wygrywa do końca. Wyrok zamknąłby temat, uniewinnienie też. A przecież media nie żyją z końców – żyją z ciągłego „a co jeśli”.
Sam Adams, przemawiając na konferencji prasowej w zachodnim Belfaście, nie pozostawił wątpliwości co do swojej oceny sytuacji. „Podważyłem tę sprawę i broniłem się przed oszczerstwami oraz fałszywymi oskarżeniami kierowanymi pod moim adresem” – powiedział.
„Potwierdziłem legitymację sprawy republikańskiej oraz prawo narodu Irlandii do wolności i samostanowienia. Czynię to ponownie” – dodał.
Były lider Sinn Féin stwierdził też, że sprawa „nigdy nie powinna zostać wniesiona” i momentami „graniczyła z procesem pokazowym”. Jednocześnie okazał empatię wobec powodów, mówiąc że czuje „jedynie współczucie” i że poruszyły go zeznania dwóch mężczyzn o ich doświadczeniach.
„Członkowie mojej rodziny zostali zabici, sam zostałem postrzelony, więc wiem, jak to jest” – podkreślił Adams.

Sprawa McConville i maszyna do recyklingu traum
Agnieszka zwraca uwagę na mechanizm, który wykracza daleko poza ramy jednego procesu. Historia Jean McConville – kobiety, matki, której zniknięcie na dekady okryła cisza – wraca jak bumerang przy każdej okazji związanej z Adamsem. Nie dlatego, że pojawiły się nowe dowody. Dlatego, że jest to idealna historia medialna – kobieta, matka, zniknięcie, dzieci, cisza przez lata. Jak pisze Agnieszka, ten produkt jest wciąż świeży i pod ręką, bo nie trzeba nowych dowodów – wystarczy emocjonalny reset.
Adams nigdy nie został skazany w tej sprawie. Zeznania z Boston College nie były dopuszczalne dowodowo. Wielu kluczowych świadków nie żyje. Brak rozkazów, dokumentów, bezpośrednich dowodów decyzyjności. Prawo karne jest w tym punkcie praktycznie martwe – dlatego sprawa nie wraca do sądu, wraca do mediów.
Schemat jest zawsze ten sam – wjeżdża nowy kontekst w postaci procesu cywilnego, wywiadu lub rocznicy, następuje przypomnienie McConville, potem nieśmiertelna sugestia „nigdy do końca niewyjaśnione”, a na końcu cisza prawna przy hałasie medialnym. To celowe niedomknięcie, bo media nie chcą, żeby sprawa się rozstrzygnęła. Gdyby się rozstrzygnęła – albo byłby wyrok i koniec tematu, albo formalne oczyszczenie i też koniec tematu.
Jego jedyne wyroki z czasów Troubles – za dwukrotną próbę ucieczki z więzienia podczas internowania bez procesu w połowie lat 70. – zostały uchylone w 2020 roku. Został raz oskarżony o członkostwo w IRA w 1978 roku, ale sprawa została umorzona z powodu niewystarczających dowodów. Był prezesem Sinn Féin od 1983 do 2018 roku i przewodził delegacji podczas rozmów pokojowych, które doprowadziły do Porozumienia Wielkopiątkowego w 1998 roku. Konsekwentnie zaprzecza, jakoby kiedykolwiek należał do IRA.
A jednak – jak trafnie zauważa Agnieszka – media świadomie zacierają granicę pomiędzy odpowiedzialnością karną, odpowiedzialnością moralną i symboliczną winą historyczną. Efekt jest taki, że Adams zostaje nieskazany, ale wiecznie moralnie oskarżony. Prawo ma granice, media te granice ignorują, a widz nie wie, w jakim porządku się porusza.
Samotny kadr jako broń
Jest jeszcze jeden wymiar tej historii, na który Agnieszka zwraca szczególną uwagę – wymiar wizualny. Adams na konferencji prasowej stoi przed grupą mikrofonów, za nim członkowie Sinn Féin, w tle mural Bobby’ego Sandsa. Ale zawsze sam. Bez żony, która stoi murem. Bez dziecka, które patrzy z dumą. Bez dłoni na ramieniu. W mediach obowiązuje prosta zasada – jeśli w kadrze nie ma rodziny, widz ją sobie dopisze. A widz zawsze dopisuje najgorsze.
Polityk z żoną i dziećmi to automatycznie człowiek, ojciec, mąż – nawet jeśli kłamie, jest osadzony w normalności. Adams w samotnym kadrze, przy jednym mikrofonie, bez żadnego prywatnego kontekstu – przestaje być człowiekiem, staje się nośnikiem historii. I to nie jest przypadek, lecz świadoma decyzja.
Agnieszka argumentuje, że Adams nie próbuje tego obrazu naprawić, bo wie, że każda próba uczłowieczenia zostanie użyta przeciwko niemu. Gdyby pokazał żonę – chór krzyknie „dlaczego teraz?”. Gdyby pokazał rodzinę – „zagrywka PR”. Gdyby powiedział, że jest mu ciężko – „manipulacja emocjonalna”. On zna ten mechanizm jak nikt i wie, że wszystko co prywatne zostanie przemielone. Więc wybiera milczenie i samotny kadr. To nie brak potrzeby – to brak złudzeń.
Adams jest z pokolenia, które uważa, że prywatność równa się odpowiedzialność. Dla niego emocje są sprawą prywatną, cierpienie to nie cyrk do oglądania, relacje nie do wystawiania na pożarcie. Jak pisze Agnieszka – Adams woli być uznany za zimnego, niż dopuścić, żeby ktoś dotknął tego, co jeszcze ma prawdziwego. Naprawianie obrazu oznaczałoby przecież przyznanie mediom racji i wejście w ich grę. On woli zapłacić cenę samotności niż oddać definicję samego siebie.
CYNICZNYM OKIEM: System robi coś perwersyjnego – odbiera mu prywatność, ale jednocześnie karze go za to, że jej broni. Jak się bronisz – jesteś podejrzany. Jak się odsłonisz – manipulujesz. Idealna matnia bez wyjścia, skrojona na miarę wiecznego oskarżonego.
Tymczasem po stronie powodów Barry Laycock powiedział, że jest „całkowicie zdruzgotany” wycofaniem sprawy, ale dodał, że „prawdziwe oblicze Adamsa zostało ukazane w sądzie we wszystkich naszych dowodach”.
Kancelaria McCue Jury and Co reprezentująca powodów wyjaśniła mechanizm porażki – sąd nieoczekiwanie na końcowym etapie procesu nakazał rozważenie, czy postępowanie nie stanowi nadużycia procesu. Stwierdzenie nadużycia usunęłoby ochronę kosztów powodów i wymagało od nich zapłacenia Adamsowi pełnych kosztów jego obrony. Powodowie, opisani przez swoich prawników jako bezbronne ofiary terroryzmu, stanęli przed ryzykiem zmieniających życie konsekwencji finansowych i nie mieli realistycznego wyboru. Adams potwierdził, że weźmie koszty obsługi prawnej na siebie – szacowane na kwotę sześciocyfrową – dodając, że nigdy nie zamierzał obciążać powodów swoim rachunkiem za prawników.
IRA była odpowiedzialność za około 1700 zabójstw podczas Troubles. To liczba, która nie pozwala zapomnieć. Ale Agnieszka stawia pytanie, które boli najbardziej – czy trauma ofiar jest tu po to, żeby im pomóc, czy po to, żeby utrzymać historię w obiegu, przypominać nazwisko i generować napięcie? Sprawy McConville, ofiar IRA, przemocy – są traktowane jak amunicja narracyjna, nie jak ludzka tragedia. Media nie mówią już o człowieku – mówią o figurze przejściowej, relikcie konfliktu, nierozliczonym symbolu. A symbole nie mają dzieciństwa, nie mają traumy, nie mają prawa do starości, nie mają prawa być zmęczone.
Agnieszka kończy swoją analizę zdaniem, które trudno wyrzucić z głowy – Adams nie jest sądzony za to, co udowodniono. Jest sądzony za to, że historia nie dała satysfakcjonującego zakończenia. A świat nienawidzi historii, które nie kończą się wyrokiem, grobem albo pomnikiem. Cisza i obecność w kadrze to jego wygrana strategiczna, choć wygląda jak ciągła przegrana. Media gryzą powietrze i dławią się własną chciwością, a Adams stoi niewzruszony – samotny strateg w ciele symbolu, który po prostu odmawia bycia pożartym.



