Kanał Lit Nomad, prowadzony przez emerytowanego tradera ilościowego, rzuca na stół tezę, która powinna zaboleć każdego, kto bezkrytycznie wpłaca pieniądze na amerykański rynek akcji. Przekaz jest prosty i brutalny – inwestowanie to nie matematyka, lecz geopolityczny zakład, a Twoje oszczędności są zakładnikiem relacji między supermocarstwami. W dobie wojny USA i Izraela z Iranem, rosnących cen ropy i zmienności na rynkach finansowych, warto posłuchać kogoś, kto zarabiał na życie kwantyfikowaniem ryzyka.
Autor nie owija w bawełnę i zaczyna od zderzenia ze ścianą: Konwencjonalna mądrość, według której indeks S&P 500 zawsze rośnie o 8 do 10% rocznie, to po prostu amerykańska propaganda. Historycznie te liczby się zgadzają, ale wyłącznie dlatego, że Stany Zjednoczone przeszły drogę od potęgi regionalnej do globalnego hegemona. Kto inwestuje w amerykański rynek, nie stawia na genialność Wall Street – stawia na to, że imperium nie upadnie za jego życia. Podobnie jest z rynkiem nieruchomości i słynnym „amerykańskim snem” – autor punktuje to z chirurgiczną precyzją, nazywając to propagandą, której celem jest skłonienie obywateli do postawienia życiowego zakładu na amerykańskiej ziemi przy dźwigni finansowej 5:1.
CYNICZNYM OKIEM: „Amerykański sen” to najlepsza kampania marketingowa w historii ludzkości – sprzedaje się od dekad, nie wymaga aktualizacji, a klient sam bierze kredyt hipoteczny i jeszcze dziękuje za możliwość.
Rynek akcji luźno śledzi kondycję gospodarczą kraju, ale krótkoterminowo potrafi się od niej oderwać pod wpływem nastrojów inwestorów. Lit Nomad przekłada to na język zrozumiały dla każdego – inwestując swoje pieniądze, stawiacie w rzeczywistości zakład geopolityczny na przyszłe zdrowie ekonomiczne danego państwa. Przez ostatnie sto lat dla Amerykanina wybór był oczywisty. Ale świat się zmienia i wchodzi w fazę wielobiegunową, w której dawne pewniki przestają obowiązywać.
Japońska lekcja pokory i chińskie ambicje
Autor sięga po przykład, który powinien dać do myślenia każdemu optymistycznie nastawionemu inwestorowi. W latach osiemdziesiątych Japonia jawiła się jako przyszły hegemon – popkultura widziała ją wszędzie, od „Powrotu do Przyszłości 2″ po „Szklaną pułapkę”. A potem Stany Zjednoczone wymusiły na Tokio podpisanie Porozumienia z Plazy i nastąpiły „stracone dekady”. Indeks Nikkei potrzebował 35 lat, by wrócić do poziomu z 1990 roku. Wniosek jest bezlitosny – nieważne jak produktywny jest kraj, wszystko sprowadza się do geopolityki. Silniejszy nie pozwolił wasalowi na prześcignięcie go ekonomicznie.
Teraz ten sam scenariusz rozgrywa się z Chinami. Gdy ich PKB osiągnęło około 70% amerykańskiego, Washington postanowił „wykręcić im rękę”. Autor namawia, by nie gubić się w detalach polityki gospodarczej, bo mechanizm jest zawsze ten sam – silniejszy kraj stawia na swoim. Każdy ruch amerykańskiej polityki zagranicznej, od Wenezueli po Grenlandię, dotyczy w istocie Chin. Kontrola nad Wenezuelą czy Iranem to w rzeczywistości próba przejęcia kontroli nad dostawami ropy do Chin, by w razie potrzeby móc „udusić” rywala. Nawet zainteresowanie Grenlandią nie wynika z miłości do lodowców, lecz z topnienia tychże – powstają nowe szlaki morskie i odsłaniają się złoża metali ziem rzadkich, kluczowych dla technologii i satelitów.
Wchodzimy w erę, w której dawna amerykańska dominacja militarna nie jest już tak oczywista. Kiedyś USA mogły powstrzymać Chiny na Morzu Południowochińskim samym lotniskowcem. Dziś równowaga sił w przypadku wojny o Tajwan oceniana jest na pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Chiny stawiają na wojnę asymetryczną, a w finansach widać to choćby w wyścigu o sztuczną inteligencję. Premiera chińskiego modelu DeepSeek wywołała załamanie sektora technologicznego w USA i jednoczesny rajd chińskich spółek tech. To gra o sumie zerowej – inwestorzy „zmieniają drużyny”, gdy widzą, że Chiny mogą wygrać wyścig zbrojeń technologicznych.
CYNICZNYM OKIEM: Inwestorzy nie mają ojczyzny – mają arkusze kalkulacyjne. Gdy DeepSeek rozkłada na łopatki Dolinę Krzemową, kapitał przepływa na Wschód szybciej niż jakikolwiek dyplomata zdąży powiedzieć „strategiczne partnerstwo”.
Dlaczego mimo wszystko S&P 500 wciąż wygrywa?
Mimo całej tej geopolitycznej zimnej wojny, Lit Nomad nie rzuca się w ramiona Pekinu. Wręcz odradza trzymanie połowy majątku w chińskich akcjach, i ma ku temu solidny argument – Chiny to kraj autorytarny, gdzie państwo może w każdej chwili interweniować, rozwodnić udziały lub po prostu zniszczyć firmę. Przypadek Jacka Ma mówi sam za siebie. Co znamienne, Chińczycy sami traktują swoją giełdę jak kasyno, woląc inwestować w nieruchomości i złoto.
Najciekawsza jest jednak prognoza dotycząca scenariusza, w którym Chiny faktycznie wygrywają tę rywalizację. Autor nie wieści apokalipsy. Przeciwnie – uważa, że Pekin będzie pragmatyczny i zapewni Ameryce „miękkie lądowanie”, bo USA to zbyt ogromny rynek konsumencki, by go niszczyć. Centrum potęgi przesunęłoby się na Wschód, Waszyngton podpisywałby niekorzystne traktaty, a roczne zwroty z S&P 500 spadłyby z 10% do około 5% – mniej więcej na poziom brytyjskiego FTSE. Precedensem jest przekazanie pałeczki hegemonii przez Wielką Brytanię Stanom Zjednoczonym po drugiej wojnie światowej. Warto też pamiętać o warstwie, która naprawdę rządzi – autor wspomina o klasie miliarderów, około 150 rodzinach, dla których interesem jest współpraca mocarstw, bo to generuje dla nich największe zyski.
Konkluzja jest zaskakująco trzeźwa jak na tak dramatyczny kontekst. USA pozostają najlepszym miejscem do lokowania pieniędzy. Inwestując tam, albo wygrywasz dzięki dalszej dominacji Ameryki i inkasujesz swoje 8-10% rocznie, albo przy przegranej dostajesz „tylko” 5%.
Autor odradza nadmierną dywersyfikację międzynarodową, argumentując, że posiadając akcje takich gigantów jak McDonald’s czy Coca-Cola, i tak masz ekspozycję na rynki światowe – te korporacje dominują lokalne biznesy na każdym kontynencie. W chińskich czempionów pokroju Huawei czy Alibaba warto będzie wejść selektywnie, ale dopiero wtedy, gdy szala zwycięstwa faktycznie przechyli się na stronę Pekinu. Do tego momentu – zimna krew i S&P 500.



