Francja, dawna perła finansowego racjonalizmu, dziś przypomina rozgrzane laboratorium fiskalnej desperacji. Kraj tonie w długu, a jego klasa polityczna grzęźnie w impasie, niezdolna do przeprowadzenia choćby symbolicznej reformy. To nie jest już dramat polityczny – to autopilot w kabinie samolotu, który od dawna traci wysokość, a piloci kłócą się o kolor tapicerki.
Autor poleca: Francja na krawędzi: spirala zadłużenia i paraliż polityczny ogarnia kraj
CYNICZNYM OKIEM: Francuzi nie potrzebują rewolucji – oni żyją w jej permanentnej wersji beta. Tyle że zamiast barykad w Paryżu mają dziś deficyt na 20 miliardów euro.
Pyrrusowe zwycięstwo nad rzeczywistością
Premier Sébastien Lecornu świętował w tym tygodniu wątpliwy sukces. Zgromadzenie Narodowe klepnęło jego projekt budżetu socjalnego – 247 głosów za, 234 przeciw i 93 wstrzymujących się. Z pozoru triumf, w istocie rachunek za kolejne złudzenie. Plan zawiera deficyt 20 miliardów euro, czyli o trzy miliardy więcej, niż zakładano. Marine Le Pen i Jean‑Luc Mélenchon – polityczni przeciwnicy z przeciwległych biegunów – głosowali przeciw, po raz pierwszy po tej samej stronie barykady.
To symbol czasów: skrajna lewica i skrajna prawica jednoczą się w geście bezradności. A Macron, uwięziony w środku, staje na czele rządu, który reformuje głównie kalendarz nadchodzących fiask. Projekt trafił do Senatu i zapewne tam przejdzie, ale nikt nie wierzy, że to cokolwiek zmieni. 23 grudnia ruszą kolejne budżetowe negocjacje – świąteczna tradycja francuskiego chaosu.
Emerytury, których nikt nie dożyje
Największym symbolem fiskalnej kapitulacji jest zamrożenie reformy emerytalnej. Plan podniesienia wieku emerytalnego z 62 do 64 lat został zredukowany do kosmetycznej korekty – 62 lata i dziewięć miesięcy. W kraju z największym budżetem socjalnym w Unii i jednym z najniższych wieków emerytalnych, to gest o sile zapałki w sztormie.
Francja kontynuuje model życia na kredyt. Deficyt budżetowy sięga 5,6% PKB, a realny wynik może być bliższy 7%. Reforma stała się politycznym tabu, a odważne decyzje – reliktem poprzedniej epoki. Kraj przypomina pacjenta, który zna diagnozę, ale woli zmienić lekarza niż dietę.
CYNICZNYM OKIEM: We Francji wiek emerytalny to nie kwestia finansów, tylko filozofii – każdy ma prawo umrzeć ze świadomością, że system i tak runie dopiero po nim.
Ekonomiczna skamielina Europy
Francja przypomina dziś państwowy organizm zabetonowany w przerośniętej administracji. Państwo pochłania 57% PKB, dławiąc inwestycje prywatne i zniechęcając do przedsiębiorczości. 68 000 bankructw firm w ciągu roku, 400 000 utraconych miejsc pracy – to nie statystyka, to narodowa autopsja.
Kraj pogrąża się w błędnym kole podatków, dopłat i zasiłków. Każda próba reform kończy się protestami, każda próba oszczędności – zamieszkami. Społeczeństwo broni przywilejów, które samo finansuje z długu przyszłych pokoleń.
Francja dryfuje jak bliźniak Berlina – w stronę gospodarki planowanej, skostniałej, pełnej biurokratycznych dziur, przez które uchodzi energia ekonomiczna całego kontynentu.
Efekt domina – groźba europejskiego pożaru
W 2010 roku maleńka Grecja zachwiała strefą euro. Wtedy EBC musiał sięgnąć po niekonwencjonalne narzędzia, by uniknąć upadku systemu. Dziś ta sama sytuacja powtarza się, tylko w drugiej co do wielkości gospodarce strefy euro. Jeśli francuskie obligacje wpadną w „dziurę powietrzną” – czyli zanik zaufania inwestorów – żaden bank centralny nie powstrzyma domin efektu.
EBC może ponownie odpalić arsenał znany z czasów Mario Draghiego – zakupy długu, programy PSPP, długoterminowe pożyczki dla banków. Ale problem jest głębszy: rynek obligacji o długim terminie zapadalności wymknął się spod kontroli. Zaufanie inwestorów nie da się „wydrukować”.
Globalna zmiana widać już na horyzoncie – rosnące rentowności w Japonii, w Niemczech i teraz w Paryżu pokazują, że kredyt taniego pieniądza się skończył. Era wzrostu na długu dobiega końca, a Francja stoi w kolejce do fiskalnej gilotyny.
CYNICZNYM OKIEM: Rewolucja Francuska obaliła monarchię, ale nie nauczyła kraju rachunkowości. Teraz gilotyna powraca – z napisem „deficyt 7% PKB”.
Francja wpadła w spiralę śmierci, w której polityczny paraliż spotyka się z ekonomiczną stagnacją. Nie ma partii, która dałaby się na tyle znienawidzić, by cokolwiek naprawić, i nie ma społeczeństwa, które byłoby gotowe zapłacić za własny dobrobyt.
W efekcie Paryż staje się laboratorium europejskiego upadku – krajem, który jeszcze nie zbankrutował tylko dlatego, że reszta kontynentu boi się patrzeć.
A gdy wszystko runie, nikt nie powie, że nie było ostrzeżeń. Francja od dawna umiera z przywilejów, a nie z niedostatku. Nad Sekwaną spirala długu już się kręci – tylko nie wiadomo, czy bardziej przypomina koło ratunkowe, czy ostatni obrót na dnie.


