Po obu stronach Renu rozgrywa się ten sam dramat fiskalny, różniący się jedynie dekoracjami. Przeciążeni politycy, niezdolni do strukturalnych reform, sięgają po jedyne narzędzie, które parlamentarna arytmetyka im jeszcze zostawia – wyższe podatki. Francuski minister finansów Roland Lescure przedstawił w zeszłym tygodniu rewizję prognozowanego deficytu budżetowego na bieżący rok. Wstępne szacunki na 2026 rok sugerowały deficyt znacznie przekraczający 5%, ale liczne środki fiskalne obniżyły ubiegłoroczny wynik do 5,1%. Na rok bieżący Ministerstwo Finansów spodziewa się stabilizacji na poziomie około 5% – pod warunkiem, że trwający kryzys energetyczny i wojna w Iranie nie rzucą trwałego cienia na gospodarkę.
Przy długu publicznym wynoszącym około 115% PKB, Francja nie ma szans na spełnienie kryteriów z Maastricht. Zresztą, czy te coraz bardziej blaknące reguły fiskalne mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie w strefie euro? Dynamika wydatków publicznych nie podlega już kontroli. Po 4-procentowym wzroście wydatków rządowych w 2024 roku, nakłady wzrosły ponownie w zeszłym roku o 2,5%, spychając udział sektora publicznego w PKB do poziomu 57%.
Państwo puchnie, podatki rosną
Aparat państwowy rośnie niezależnie od dramatycznego poziomu zadłużenia. Liczba 57% nie uwzględnia przy tym kosztów biurokratycznych ponoszonych przez sektor prywatny – setki tysięcy miejsc pracy istnieje wyłącznie po to, by wypełniać rządowe obowiązki sprawozdawcze i wymogi zgodności.
Rząd premiera Sébastiena Lecornu pozostaje sparaliżowany. Proces reform mających na celu ograniczenie państwa opiekuńczego i redukcję biurokracji jest całkowicie poza zasięgiem mniejszościowego gabinetu.
Każda administracja wspierana przez prezydenta Emmanuela Macrona funkcjonuje jako tymczasowy zastępca – wymienny i bezsilny w obliczu parlamentarnego pata. Macron, z dramatycznie niskimi notowaniami jako swego rodzaju „prezydent bez narodu”, może liczyć na jedno: szeroki sojusz polityczny zdolny do zapewnienia doraźnej ulgi poprzez podwyżki podatków.
CYNICZNYM OKIEM: Paryż i Berlin odkryły perpetuum mobile fiskalne – im więcej wydajesz, tym więcej musisz opodatkować, a im więcej opodatkujesz, tym więcej potrzebujesz wydać na obsługę tego, co opodatkowałeś.
W ciągu ostatnich dwóch lat Francja dokręciła śrubę podatkową z imponującą konsekwencją. Wprowadzono stawkę minimalną dla najwyższych dochodów powyżej 250 000 euro, zwiększono podatek od nieruchomości, podniesiono podatki korporacyjne dla większych firm – co przynosi do 6 miliardów euro dodatkowego rocznego dochodu. Nowe daniny objęły wyższe wypłaty dywidend i duże wykupy akcji własnych. Planowany jest podatek od transakcji finansowych typu Tobina. Wzrosły opłaty energetyczne i środowiskowe.
Przekaz jest czytelny: „Opodatkowujemy luksus i bogatych”. Stwarza to wrażenie sprawiedliwego społecznie opodatkowania, odwracając uwagę od fundamentalnego problemu – rozrastającego się państwa, europejskiej choroby spychającej kontynent w stronę turbulencji.

Berlin podąża tą samą ścieżką
Francja nie jest w tym osamotniona. Berlin opóźniał konieczne działania o dwa lata, ale rok 2026 zapowiada się jako moment wielkich wstrząsów. Rząd kanclerza Friedricha Merza ma podnieść zarówno podatek od spadków, jak i najwyższą stawkę podatku dochodowego. Wśród opcji na podatkowym kole ruletki znajduje się dwuprocentowa podwyżka VAT oraz koniec wspólnego rozliczania dochodów małżonków – środki szczególnie cenione przez polityczną lewicę.
Udział CDU w tym schemacie ujawnia intelektualną erozję partii, która została doprowadzona do progu socjalizmu przez Angelę Merkel, a teraz ostatecznie pchnięta za ten próg przez Friedricha Merza.
Mechanizm wyłaniającego się kryzysu jest czytelny. Poprzez intensywne działania PR i wsparcie mediów powiązanych z państwem, politycy pielęgnują wrażenie ogromnych nierówności społecznych. Przekaz brzmi: rozpad społeczny i ubóstwo są niezaprzeczalnym wynikiem „kapitalistycznego rabunku”, a jedyną korektą jest dobrotliwe państwo wkraczające z transferami fiskalnymi.
W lepkiej retoryce „sprawiedliwości” rząd ukrywa swoją całkowitą porażkę – w polityce granicznej, nadmiernej biurokracji i naiwnej wierze w gospodarkę planowaną centralnie. Jedynym jasnym punktem pozostaje francuska energetyka jądrowa, zapewniająca znaczną przewagę przemysłowi.
CYNICZNYM OKIEM: Europa znalazła wreszcie wspólny projekt – obaj liderzy strefy euro zgodnie udowadniają, że do bankructwa można maszerować w idealnym tandemie.
Konsekwencje dla rynków kapitałowych są natychmiastowe. Jeśli wyprzedaż europejskich obligacji skarbowych będzie trwała, Europejski Bank Centralny będzie musiał interweniować, aby zapobiec zawaleniu się piramidy finansowej długu publicznego. Trend ten jest wysoce inflacyjny i przyspiesza erozję społeczną oraz gospodarczą. Państwo będzie żywić się kurczącą się substancją gospodarczą, maskując niepowodzenia wyższymi daninami i odkładając niezbędne reformy. Ci, którzy byliby zdolni przeciąć ten gordyjski węzeł europejskiego uwikłania fiskalnego, pozostają na razie na marginesie.



