Emmanuel Macron pojechał do Indii, by mówić o technologii przyszłości – sztucznej inteligencji, innowacjach i partnerstwie z Zachodem. Zamiast inspiracji przyniósł jednak wykład o europejskich regulacjach, przypominający spotkanie akademii biurokratów z Doliną Krzemową. Jego przemówienia miały moralizatorski ton, pomijający fakt, że Europa od dawna nie jest już technologicznym liderem, lecz regulatorem własnych porażek.
Od 17 do 19 lutego prezydent Francji przekonywał gospodarzy, że istnieje „trzecia droga” – europejska alternatywa pomiędzy amerykańskim kapitalizmem, a chińską kontrolą. Brzmiało to godnie, dopóki nie padły szczegóły. Macron zachwalał transparentną sztuczną inteligencję i „otwarte modele open source” powiązane z państwowym finansowaniem projektów o wartości 2,5 miliarda euro w ramach inicjatywy „Current AI”. Problem polega na tym, że w świecie dynamicznej innowacji nikt nie czeka na dekret z Brukseli.
Europa wciąż wierzy, że innowacja da się zadekretować w rozporządzeniu – że biurokracja potrafi zainspirować ryzyko, a regulacje zastąpią przedsiębiorczość.

CYNICZNYM OKIEM: Unijny pomysł na rozwój przypomina próbę stworzenia start-upu w ministerstwie finansów – z obowiązkowym formularzem w dziesięciu egzemplarzach.
Słabość w przebraniu moralności. Wolność słowa według Macrona
U podstaw tego myślenia leży iluzja siły. Bruksela wciąż zachowuje się tak, jakby mogła kształtować globalne normy handlu i technologii, choć jej przemysł dryfuje do Azji i USA. Zamiast tworzyć warunki do rozwoju, Unia zbudowała system regulacyjnych murów, które dławią wszystko poza samą administracją.
Macron w New Delhi nie widział w tym problemu. Przyleciał z wykładem o etycznej AI, o ochronie klimatu, edukacji i zdrowiu publicznym. O śmiałym kapitale, ryzyku, prywatnych inwestycjach – nie wspomniał. Europejski etatyzm przedstawiał jako zaletę cywilizacyjną, nie jako ciężar. Tymczasem to właśnie nadmiar politycznego sterowania, dotacji i „aktywizacji strategii” sprawił, że z europejskich uniwersytetów i laboratoriów talenty wyjeżdżają szybciej, niż powstają granty.
Dla Indii, kraju, który znalazł się w centrum globalnego ekosystemu innowacji, unijna „trzecia droga” brzmi jak rozmowa wsteczna. Oni budują Dolinę Krzemową XXI wieku – my piszemy białe księgi o bezpieczeństwie danych.
Najbardziej znamienne były jednak słowa Macrona podczas AI Impact Summit w Nowym Delhi. Ubolewając nad brakiem kontroli nad platformami internetowymi – zwłaszcza nad serwisem X Elona Muska – prezydent nazwał odwoływanie się do wolności słowa „bzdurą”. To zdanie, które pokazało więcej niż cała jego podróż: prawdziwy problem Europy nie leży w gospodarce, lecz w neurotycznym pragnieniu kontroli.
Bruksela i jej przywódcy walczą dziś nie z rynkiem, ale z obywatelami – tymi, którzy ośmielają się mieć własne zdanie. Polityka informacyjna staje się narzędziem dyscypliny, a Digital Services Act – techniczną wersją cenzury. W tym sensie Macron ma rację: rzeczywiście żyjemy w dżungli, ale to dżungla nadmiernych regulacji, w której każda spontaniczna myśl zostaje oznaczona czerwonym wykrzyknikiem.
CYNICZNYM OKIEM: Dla współczesnych elit europejskich wolność słowa to luksus – dostępny tylko tym, którzy mówią zgodnie z regulaminem.
Europa w krzywym zwierciadle
Macron po raz kolejny wystąpił w roli kaznodziei Zachodu, który poucza resztę świata, jak powinno wyglądać „odpowiedzialne postępowanie”. Ale gdy mówi o „transparencji w sieci”, w Paryżu rośnie zadłużenie państwa, a w Berlinie – napięcie społeczne. Za hasłami o solidarności i demokracji kryje się ekonomia schodząca po równi pochyłej, której coraz trudniej udawać potęgę.
Na tle Indii Europa wygląda nie jak mentor, ale jak zmęczony urzędnik przynoszący lekcję z lat 90. do klasy dziecka, które już programuje aplikacje w chmurze.
Te same symptomy widać w Niemczech, gdzie Friedrich Merz proponuje obowiązkowe cyfrowe tożsamości dla młodzieży i zakończenie anonimowości w sieci. Politycy używają języka „ochrony bezpieczeństwa” – w praktyce tłumacząc nim likwidację cyfrowej przestrzeni wolności, w której powstaje realna opozycja.
W tym samym czasie, gdy Macron przemawiał o etyce technologicznej, w Monachium szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas ogłaszała warunki pokoju dla Rosji tak oderwane od realiów, że żadne państwo nie zaprosiło Europy nawet do negocjacyjnego stołu.
To symboliczna scena: kontynent dający światu lekcje traci wpływ na własną rzeczywistość.
Bruksela wygrała walkę z własnym społeczeństwem – przegrywając ją ze światem. Macron chciał w Indiach zaprezentować „cywilizacyjną wizję Europy”. Udało się, choć nie tak, jak planował: świat zobaczył kraj, który wierzy w misję, choć zgubił sens. I to właśnie może być najniebezpieczniejsza z europejskich innowacji.



