Stany Zjednoczone i Izrael zbombardowały Iran. Europa zareagowała tak, jak Europa reaguje zawsze na kryzysy, których nie przewidziała i nie jest pewna, po której stronie stanąć – głośno i niejednolicie. Macron potępił ataki. Hiszpania odmówiła udostępnienia baz. Niemcy milczą. Skrajna lewica chce wyjść z NATO. Skrajna prawica chce wyborów. Lotniskowiec Charles de Gaulle płynie na Morze Śródziemne. Dyplomacja jako teatr działa pełną parą.
Prezydent Francji Emmanuel Macron – który wcześniej wspierał zachodnie zaangażowanie zbieżne z linią Niemiec i Wielkiej Brytanii – tym razem przemówił do narodu z wyraźną tezą: „Stany Zjednoczone Ameryki i Izrael zdecydowały się na rozpoczęcie operacji wojskowych. Zostały one przeprowadzone poza ramami prawa międzynarodowego, czego nie możemy zaaprobować”. Wezwał do zakończenia nalotów i powrotu do negocjacji dyplomatycznych. Jednocześnie zapowiedział powiększenie francuskiego arsenału nuklearnego i wysłał lotniskowiec atomowy na Morze Śródziemne – bo słowa w geopolityce nigdy nie są wystarczające bez czegoś pływającego w tle.
Hiszpania mówi „nie” i nagle odkrywa swoją siłę
Tymczasem Madryt znalazł się w epicentrum nacisku dyplomatycznego. Rząd premiera Pedra Sáncheza odmówił udostępnienia amerykańskiemu wojsku hiszpańskich baz – decyzja, która wywołała, według relacji, ekstremalną presję ze strony Waszyngtonu. Sánchez sformułował swoje stanowisko z charakterystyczną dla siebie retoryką oblężonej twierdzy wartości: „Mówimy 'nie’ upadkowi prawa międzynarodowego, które chroni nas wszystkich, a zwłaszcza ludność cywilną. Nie zgadzamy się na zakładanie, że świat może rozwiązywać swoje problemy tylko za pomocą bomb”.
Głośne wsparcie przyniósł mu głos z europarlamentu. Europosłanka ugrupowania Podemos Irene Montero poszła znacznie dalej niż premier: „Należy zamrozić ceny energii i żywności, wyrzucić USA z baz wojskowych i opuścić NATO. Jeśli Trump sieje terror, uczyńmy z Hiszpanii schronienie”. To zdanie rozeszło się po europejskich mediach społecznościowych z prędkością, która sugeruje, że część Europejczyków traktuje je jako propozycję, nie jako publicystyczny wybryk.
Z drugiej strony barykady stanął lider prawicowego Vox, Santiago Abascal, który potępił zachowanie Sáncheza i zażądał natychmiastowych wyborów: „Sánchez nie reprezentuje Hiszpanii, a jedynie skorumpowaną mafię, która próbuje kurczowo trzymać się władzy”. Spór o wojnę z Iranem stał się w Madrycie natychmiast sporem o władzę w Hiszpanii – co jest, trzeba przyznać, imponującą efektywnością polityczną.
CYNICZNYM OKIEM: Hiszpania odmawiając baz USA odkryła strategiczną dźwignię, o której istnieniu przez dekady wolała nie wiedzieć. Suwerennność obronna najlepiej smakuje, gdy można ją wykorzystać jako argument w krajowej kampanii wyborczej.
Merz milczy, von der Leyen jest odosobniona
Profesor prawa UE w HEC Paris, Alberto Alemanno, trafnie wskazał na paradoks bieżącej chwili. „Francja dołącza do Hiszpanii w potępieniu amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran, przez co Merz i von der Leyen wyglądają na odosobnionych” – napisał na platformie X. Milczenie Niemiec w momencie, gdy Waszyngton wywierał presję na Madryt, jest – jak ujął to Alemanno – niezapomniane. Dodał przy tym argument, który europejscy liderzy rzadko artykułują wprost: żaden bojkot nie może faktycznie istnieć przeciwko unii celnej i rynkowi wewnętrznemu, jakim jest UE.
Dalej Alemanno postawił pytanie, które od lat wisi w powietrzu nad brukselskimi korytarzami: „Skoordynowane stanowisko UE w sprawie baz wojskowych zmieniłoby zasady gry. Na co czekacie, 'liderzy’ UE?” Odpowiedź jest taka sama jak zawsze – czekają na konsensus, który nigdy nie przychodzi wystarczająco szybko, by cokolwiek zmienić.
Realia wojskowe tymczasem toczą się własnym torem. Francja wysłała lotniskowiec Charles de Gaulle na Morze Śródziemne i potwierdziła zobowiązanie do obrony Cypru, z którym niedawno podpisała umowę o współpracy. Wielka Brytania rozmieściła okręty wojenne i śmigłowce w okolicach wyspy po tym, jak jej baza wojskowa została zaatakowana. Europa mówi „nie wojnie” i jednocześnie wysyła marynarkę wojenną – sprzeczność, którą wypada przynajmniej odnotować.
CYNICZNYM OKIEM: Europa od dekad finansuje swoją obronę poprzez zależność od parasola NATO, a gdy USA wywierają presję na sojuszników w sprawie baz, nagle okazuje się, że „prawo międzynarodowe” jest wygodniejszym argumentem niż „właśnie skończyliśmy budować lotniskowiec”. Macron ma lotniskowiec. Reszta ma deklaracje.
Prawo międzynarodowe jako argument – kto go używa i kiedy
Warto odnotować, że to samo sformułowanie – „naruszenie prawa międzynarodowego” – pada z europejskich ust selektywnie i w zależności od kontekstu politycznego. Macron używa go teraz wobec ataków USA i Izraela na Iran. Wcześniej ta sama formuła padała w kontekście Ukrainy. W obu przypadkach nie niesie ze sobą żadnego mechanizmu egzekwowania poza retoryką i – ewentualnie – lotniskowcem na Morzu Śródziemnym.
Rzeczywiste konsekwencje są inne i bardziej przyziemne. Konflikt na Bliskim Wschodzie oznacza ryzyko wzrostu cen energii – co dotknie europejskich konsumentów bez względu na to, czy ich rządy potępiły ataki, czy nie. Bazy wojskowe NATO rozlokowane w Europie pozostają kwestią traktatową i suwerennych decyzji poszczególnych krajów, ale ich status w warunkach aktywnego konfliktu regionalnego, w który zaangażowany jest kluczowy sojusznik, staje się pytaniem bez gotowej odpowiedzi.
Europa odkrywa w tym kryzysie, że przez dekady budowała zdolność do mówienia „nie” – bez jednoczesnego budowania zdolności do powiedzenia, co zamiast tego. Francja ma co najmniej jasne priorytety: potępienie plus lotniskowiec plus większy arsenał nuklearny. Reszta kontynentu ma głównie media społecznościowe i Radę Europejską, na której czeka się na konsensus.



