W paryskim Musée d’Orsay wisi obraz Thomasa Couture’a Rzymianie w czasie dekadencji. Scena orgii, pozornie tylko o rozpustnych rzymskich obywatelach, w istocie ukazuje cywilizację przekonaną o swojej nieśmiertelności, lecz toczoną przez znużenie, pychę i utratę sensu. Na marginesie tłumu artysta umieścił kilku ludzi, którzy patrzą z przerażeniem – garstkę trzeźwych w świecie samozadowolenia.

Dziś ten obraz stał się symbolem nie tylko historii, ale i teraźniejszości. Zbyt wielu komentatorów dostrzega w nim lustro współczesnej Europy – kontynentu bogatego, ale pogrążonego w bezruchu.
Europa, która traci swój ciężar. Cienie za wschodnią granicą
Od 1990 roku udział Europy w światowym PKB spadł z 25 do około 14 procent. Stary Kontynent nie tyle się cofa, ile jest coraz bardziej nieistotny. Zmiana jest fundamentalna: przez dziesięciolecia to Europa tworzyła wzorce technologii, kultury i instytucji. Dziś musi je importować.
Przepaść innowacyjna między nią, a Stanami Zjednoczonymi rośnie. Giełdy pokazują to bezlitośnie – amerykański S&P 500 spada, europejski Stoxx 600 chwilowo rośnie, ale nikt nie wierzy, że to znak siły; raczej chwilowa cisza przed ogromnym spadkiem.
Do tego dochodzi demografia: starzejące się społeczeństwo, odpływ młodych talentów, stagnacja przemysłu. Kiedy Azja inwestuje w robotykę, a Ameryka w sztuczną inteligencję, Europa inwestuje w regulacje.
Z raportu Wall Street Journal wynika, że europejscy ministrowie obrony coraz głośniej ostrzegają przed Rosją. Holenderska minister obrony mówi wprost: „W ciągu roku Moskwa odzyska zdolność do prowadzenia dużych operacji wojskowych” – a tymczasem Europa dopiero odtwarza własne zaplecze militarne.
Poczucie bezpieczeństwa, które przez dekady było fundamentem integracji, znikło. Europa nie jest „fortecą pokoju”, lecz geopolitycznym emerytem, któremu przypomniano o świecie za murem.
Ekonomia iluzji
Do tej układanki dochodzą decyzje banków centralnych. Europejski Bank Centralny piąty raz z rzędu nie rusza stóp procentowych, utrzymując depozytową na poziomie 2%. Christine Lagarde mówi o „zrównoważonych ryzykach”, czyli dyplomatycznym sposobie na powiedzenie „róbmy nic, dopóki coś się nie wydarzy”.
Bank Anglii nieco bardziej się miota – czterech członków rady chciało obniżki, pięciu wstrzymania. Decydujący głos miał gubernator Andrew Bailey, który wybrał status quo. Rezultat? Rynki natychmiast obstawiły, że w marcu cięcia i tak nadejdą.
To dobry symbol europejskiej gospodarki: płyńmy, dopóki prąd istnieje, a potem będziemy udawać, że sterujemy.
Symbol upadku – dane, które nie kłamią
Patrząc z lotu ptaka, widać, że Europa straciła nie tylko siłę, ale i spójność.
- W 1990 roku Unia (wtedy jeszcze Wspólnota) była drugim ośrodkiem wzrostu na świecie.
- Dziś żaden z jej krajów nie znajduje się w pierwszej piątce innowacji technologicznych.
- Wydatki na badania i rozwój są niższe niż w USA i Azji o połowę.
- Liczba patentów przypadających na mieszkańca spadła trzeci rok z rzędu.
To nie tragedia – to powolna erozja, jak lód topniejący w słońcu wygodnictwa.
CYNICZNYM OKIEM: Europa nie potrzebuje wrogów z zewnątrz – sama doskonale sabotuje własną konkurencyjność.
Gdy politycy cytują Rzym. Świat nie czeka
Polityczna klasa kontynentu przypomina senat późnego imperium – wystrojony, retorycznie sprawny, ale odklejony od rzeczywistości. Trwa debata o „zielonej transformacji”, której nikt nie potrafi sfinansować; o „strategicznej autonomii”, gdy przemysł zależy od chińskich komponentów; o „wartościach europejskich”, gdy demokratyczna cierpliwość wyborców się kończy.
Najmocniejsi gracze – Niemcy i Francja – stają się więźniami własnych błędów gospodarczych. Berlin wciąż leczy kaca po uzależnieniu od rosyjskiego gazu, Paryż topi miliardy w publicznych projektach energetycznych, które nie dostarczają prądu ani zysków.
W tym samym czasie USA budują nowy przemysł obronny, Chiny planują kolejne megainwestycje, Indie doganiają Zachód swoją demografią i technologiczną bezczelnością. Europa odpowiada konferencjami, deklaracjami i – naturalnie – regulacjami.
Nawet oddzielenie Chin od Zachodu okazuje się iluzją. Pomimo napięć z Waszyngtonem, Pekin utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma ogromną nadwyżkę handlową, bo alternatywy nie istnieją.
To kolejny przykład na to, że świat nie obraca się wokół kontynentu, który przestał się kręcić.
Czy Rzym już płonie? Może to przesada – Europa wciąż jest bogata, kulturalnie różnorodna i zdolna do refleksji. Ale jej największe zagrożenie nie ma charakteru militarnego ani gospodarczego, lecz duchowego. Zamiast marzyć o przyszłości, żyje wspomnieniem swoich muzeów – jakby patrzyła na siebie w lustrze Thomasa Couture’a.
„Teraz cierpimy z powodu długiego pokoju; luksus, bardziej okrutny niż miecz, panuje nad nami i mści się na zdobytym świecie” – pisał Juvenalis. Dziś te słowa brzmią jak diagnoza kontynentu, który za długo był syty i za mało głodny.
CYNICZNYM OKIEM: Rzym nie upadł w jeden dzień. Europa też nie. Ale oba imperia zgubiło to samo – przekonanie, że „to jeszcze nie nas dotyczy.”


