Konwencja Genewska to „święta krowa”, której Europa powinna się pozbyć. Kontynent starych, bogatych ludzi stoi naprzeciw kontynentu ludzi młodych, głodnych i zdeterminowanych – a narzędzia służące do zarządzania migracją zawodzą na każdym poziomie. Te słowa nie padły w prawicowym podcaście, lecz podczas oficjalnego wydarzenia Instytutu Ordo Iuris w Warszawie, gdzie zebrali się europejscy politycy, decydenci i analitycy, aby przedyskutować przełomowy dokument: „Odzyskać kontrolę od Brukseli. Renacjonalizacja unijnej polityki migracyjnej i azylowej”.
Rodrigo Ballester, szef Centrum Studiów Europejskich w Mathias Corvinus Collegium, nie owijał w bawełnę: „Jako Europejczycy popełniamy demograficzne samobójstwo. Wciąż próbujemy zarządzać migracją za pomocą rozpaczliwie przestarzałych narzędzi, korzystając z konwencji sprzed wieku. Dziś całkowicie straciły one swoje znaczenie.”

Warszawa kontra Brema – dwa miasta, dwa światy
Jednym z najbardziej wymownych momentów konferencji było wystąpienie profesora Zdzisława Krasnodębskiego, byłego eurodeputowanego, który porównał losy dwóch miast, które dobrze zna – Warszawy i niemieckiej Bremy.
„Jedno było biedne i duże, a ludzie się z niego wyprowadzali. To była Warszawa. Drugie miasto było zamożne, z silną klasą średnią. W 2025 roku jedno z nich jest niemal ruiną” – mówił Krasnodębski.
Warszawa, niegdyś szara i wyludniająca się, stała się jednym z najbogatszych miast Europy. Brema, kiedyś dobrze prosperujące miasto średniej wielkości, została okrzyknięta „najniebezpieczniejszym miastem w Niemczech” – aż 73 procent podejrzanych o popełnienie przestępstw to osoby niemające niemieckiego obywatelstwa.
Sytuacja pogorszyła się tak bardzo, że nawet tamtejsi lewicowi politycy przyznali, iż „masowa imigracja” wywołała kryzys mieszkaniowy i wzrost przestępczości. Krasnodębski podkreślił, że Warszawa przeżywa rozkwit, odrzucając model różnorodności znany z zachodnich metropolii.
CYNICZNYM OKIEM: Brema to miasto, w którym lewica najpierw zaprosiła gości, potem zgubiła listę zaproszonych, a teraz narzeka na bałagan w salonie. Warszawa po prostu nie otworzyła drzwi – i jakoś salon wygląda lepiej.
Polska na rozdrożu – ostrzeżenia z wewnątrz
Optymizm płynący z porównania z Bremą szybko studziły głosy ostrzegające, że również Polska stoi przed ryzykiem rozpoczęcia polityki otwartych granic. Jacek Saryusz-Wolski, były minister ds. europejskich i obecnie główny doradca prezydenta Nawrockiego ds. europejskich, przedstawił dane w szerszym kontekście.
„W większości krajów Europy Zachodniej społeczności imigranckie stanowią kilkanaście, a nawet ponad 20 procent populacji. U nas jeszcze tak nie jest, ale i my stoimy przed ryzykiem. Wtedy, z pewnym opóźnieniem, podzielimy ten sam los” – ostrzegł.
Saryusz-Wolski zwrócił uwagę na kluczowy problem prawny. Polityka migracyjna nie należy do wyłącznych ani dzielonych kompetencji UE – jest jedynie obszarem współpracy, w ramach którego instytucje unijne mogą pomagać i doradzać, ale nie stanowić prawa. To, co dzieje się w praktyce, polityk nazwał wprost „wielką uzurpacją”.
Wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak dodał kolejny wymiar debaty, podkreślając, że problemem jest nie tylko nielegalna, ale i masowa legalna imigracja.
„Transformacja Europy Zachodniej była w dużej mierze wynikiem wielkoskalowej legalnej imigracji, a dopiero w efekcie – lub równolegle – zaczęła napływać imigracja nielegalna” – powiedział.
Bosak ostrzegł również przed arbitralnością Brukseli w ocenie polityki migracyjnej poszczególnych krajów, używając barwnego porównania: „Zależy to wyłącznie od tego, gdzie »Oko Saurona« z Brukseli czy Luksemburga skieruje swój wzrok i które przepisy zdecyduje się prześwietlić.”
Polityk zaznaczył, że dotychczas bardzo niewiele decyzji polskiej Straży Granicznej zostało poważnie zakwestionowanych przez organy UE – niezależnie od tego, czy rządziło Prawo i Sprawiedliwość, czy Koalicja Obywatelska. Ale zastrzegł, że może się to zmienić w każdej chwili.
CYNICZNYM OKIEM: Europa buduje sobie system, w którym wpuszczanie milionów ludzi jest prawem człowieka, a odsyłanie ich za granicę – przestępstwem. Potem dziwi się, że system nie działa. Zaskoczenie godne kogoś, kto podpala dom i narzeka na dym.
Róbert Gönczi, analityk z węgierskiego Instytutu Badań nad Migracją, nakreślił skalę problemu z perspektywy kontynentalnej. Wskazał na Hiszpanię pracującą nad legalizacją pobytu setek tysięcy nielegalnych migrantów oraz na miliony osób, których nie sposób namierzyć w europejskich systemach.
„Są miliony ludzi, których nie możemy namierzyć. Nie wiemy, gdzie są, nie wiemy, co robią, nie wiemy, skąd przybyli i nie wiemy, co z tym zrobić” – mówił.
Stanowi to według niego jedno z istotnych obciążeń dla całego systemu europejskiego i jedną z przyczyn poważnego kryzysu gospodarczego.
Raport „Odzyskać kontrolę od Brukseli” proponuje 18 konkretnych sposobów odzyskania przez państwa członkowskie panowania nad polityką imigracyjną – bez konieczności przyjmowania nowych traktatów unijnych. Autorzy wykazują, że kluczowe kompetencje dotyczące ochrony granic i bezpieczeństwa wciąż formalnie należą do państw narodowych, a ich ograniczenia wynikają bardziej z interpretacji prawnej niż z rzeczywistych przepisów. Publikacja krytycznie ocenia unijny pakt migracyjny, wskazując, że może on ułatwiać masową migrację i przymusową relokację. Pytanie brzmi, czy ktokolwiek w Brukseli zechce ten raport przeczytać – czy też trafi on na półkę obok poprzednich ostrzeżeń, które Europa konsekwentnie ignorowała.



