To miał być kolejny krok w kosmicznej epopei Elona Muska, a skończyło się na scenariuszu rodem z katastroficznego thrillera. Siódmy lot testowy statku Starship, dumy firmy SpaceX, zakończył się eksplozją na wysokości 146 kilometrów, a spadające w atmosferze fragmenty maszyny stworzyły realne zagrożenie dla ruchu lotniczego nad Karaibami.
Według „Wall Street Journal”, który dotarł do dokumentów amerykańskiej Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA), „ognisty deszcz” kosmicznych szczątków mógł doprowadzić do tragedii na pokładach samolotów pasażerskich.
146 kilometrów nad ziemią – początek katastrofy
16 stycznia, podczas siódmego testu systemu Starship/Super Heavy, coś poszło nie tak. Na wysokości kilkudziesięciu kilometrów nad Ziemią doszło do wycieku paliwa, który zapoczątkował eksplozję górnego stopnia rakiety – Ship 33. W jednej chwili SpaceX straciło kontakt z maszyną.
„Około 146. kilometra lotu transmisja danych ustała” – podawała firma w lakonicznym komunikacie, próbując uspokoić opinię publiczną. Ale obrazy, które obiegły media, były dramatyczne: ognisty deszcz i rozżarzone odłamki rakiety spadające w kierunku wysp Turks i Caicos w archipelagu Bahamów.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy rakieta za miliardy rozprasza się w pyle nad oceanem, pozostaje pytanie – czy naprawdę lecimy w przyszłość, czy po prostu za wysoko?
Trzy samoloty w strefie śmierci
FAA informuje, że w momencie eksplozji w zagrożonej strefie znajdowały się trzy samoloty – dwa rejsowe, obsługiwane przez JetBlue i Iberię, oraz prywatny odrzutowiec. Łącznie około 450 osób znalazło się pod torami spadających szczątków.
Kontrolerzy ruchu lotniczego alarmowali załogi, aby zmieniły kurs, jednocześnie starając się unikać kolizji między maszynami, które zbliżyły się do siebie zbyt niebezpiecznie.
„Po eksplozji dwa samoloty przeleciały zbyt blisko siebie, co wymagało natychmiastowej interwencji kontrolera” – ujawnia raport FAA z nowojorskiego centrum kontroli ruchu lotniczego.
W dokumentach FAA odnotowano również, że strefa zakazu lotów została wprowadzona dopiero cztery minuty po utracie sygnału ze statkiem, a SpaceX oficjalnie potwierdziło rozpad rakiety… piętnaście minut później.
Najbardziej alarmujące jest jednak to, że FAA nie została natychmiast powiadomiona o katastrofie. Kontrolerzy ruchu w Miami dowiedzieli się o eksplozji… od pilotów samolotów, którzy zobaczyli spadające odłamki.
„To zwiększyło obciążenie pracą kontrolerów i stworzyło potencjalnie ekstremalne zagrożenie bezpieczeństwa” – podkreśla raport. Innymi słowy, katastrofa, która rozpoczęła się w kosmosie, mogła przenieść się do pasażerskich kabin kilka tysięcy metrów niżej.
FAA ostrzega, że uderzenie fragmentu rakiety w samolot w locie mogłoby mieć „katastrofalne skutki” – od zniszczenia poszycia po całkowitą utratę maszyny.
Firma SpaceX, zapytana przez dziennik „Wall Street Journal” o stanowisko, odmówiła komentarza.
CYNICZNYM OKIEM: Trudno o bardziej wymowną ciszę niż milczenie firmy, której dzieło omal nie zmieniło lotu na Karaiby w lot pożegnalny.
Granica kosmosu i odpowiedzialności
Eksperci podkreślają, że incydent ten to ostrzeżenie dla całego przemysłu kosmicznego.
Eksplozje testowych misji to ryzyko wpisane w postęp, ale rosnąca liczba prywatnych lotów w przestrzeń suborbitalną oznacza także wzrost zagrożeń dla ruchu lotniczego i terytoriów cywilnych.
Wraz z rozwojem technologii, takich jak Starship – system mający docelowo wynosić ludzi na Marsa – granica między kosmosem a atmosferą staje się coraz cieńsza. Tymczasem to, co dzieje się „nad nami”, może w każdej chwili spaść dosłownie na naszych głowach.
W styczniu to szczątki z ładunkiem paliwa spadły w ocean. Następnym razem – mogłoby to być coś znacznie bliżej portu lotniczego.
Musk od lat przedstawia Starshipa jako przyszłość ludzkości – narzędzie kolonizacji Marsa i początki „międzyplanetarnej cywilizacji”. Ale każdy kolejny test dowodzi, że kosmiczne ambicje mają ziemskie konsekwencje.
Eksplozja Ship 33 nie tylko opóźniła kolejne starty, ale też unaoczniła kruchą granicę między innowacją a odpowiedzialnością. Bo o ile SpaceX może spalić miliardy w próżni, o tyle pasażerowie JetBlue czy Iberii nie mogą pozwolić sobie na lot przez deszcz kosmicznych szczątków.
CYNICZNYM OKIEM: Na Marsie kolizje nie będą problemem. Tam nie ma komu skarżyć się do FAA. Na razie jednak – wciąż jesteśmy na Ziemi.


