Traderzy wrócili z przerwy wielkanocnej, a rynki ponownie odliczają czas do ostatecznego terminu wyznaczonego przez prezydenta Trumpa. W weekend Trump wykorzystał platformę Truth Social, aby ostrzec irański reżim i wezwać go do zawarcia porozumienia, grożąc, że wtorek będzie „Dniem Elektrowni” i „Dniem Mostu”, w których infrastruktura tego typu stanie się celem sił amerykańskich, jeśli Iran nie otworzy Cieśniny Ormuz. Termin zawarcia umowy wyznaczono na godzinę 20:00 czasu wschodniego, a Iran zapowiedział, że w przypadku ataku dokona odwetu na infrastrukturze energetycznej i wodnej państw Zatoki Perskiej. Pytanie dnia brzmi zatem prosto – czy będzie to dzień palenia mostów, czy ich budowania?
Kontrakty terminowe na amerykańskie akcje wskazują na lekkie spadki we wczesnym handlu. Rentowności dziesięcioletnich obligacji skarbowych są w większości niższe, a oznaki zakupów „bezpiecznych przystani” są ponownie widoczne w metalach szlachetnych, franku szwajcarskim i jenie japońskim. Ropa WTI drożeje do poziomu 113,15 dolarów za baryłkę, podczas gdy cena ropy Brent zamknęła się w czwartek na poziomie 141,26 dolarów za baryłkę – co podkreśla szeroki spread między fizyczną ropą a kontraktem terminowym. Akcje azjatyckie otworzyły się w mieszanych nastrojach – indeksy chińskie nieznacznie spadły, Nikkei pozostał bez zmian, a australijski ASX rośnie o 1,5 procent.
10-punktowy plan Iranu – za dużo żądań, za mało ustępstw
Portal Axios poinformował, że USA i Iran omawiały warunki 45-dniowego zawieszenia broni, ale szanse na porozumienie są nikłe. To stawia sytuację mocno na terytorium strategii „eskalacji w celu deeskalacji”, jednocześnie spychając ją dalej w stronę dotkliwego scenariusza, w którym Cieśnina pozostaje zamknięta na dłużej, a uszkodzenia infrastruktury gospodarczej oznaczają, że jej ponowne otwarcie nie przyniesie gwałtownego odbicia dla światowej gospodarki.
Zniszczenia infrastruktury narastają z obu stron. Izrael uderzył niedawno w irańską infrastrukturę petrochemiczną na polu gazowym South Pars. Iran odpowiedział atakami rakietami balistycznymi na saudyjskie miasto przemysłowe Al-Dżubajl – największy na świecie klaster produkcji petrochemicznej.
Pojawiły się doniesienia, że Iran przedstawił Stanom Zjednoczonym za pośrednictwem pośredników nowy 10-punktowy plan pokojowy. Amerykański urzędnik cytowany przez Axiosa nazwał irański plan „maksymalistycznym”. Premier Izraela Netanjahu miał ostrzec Trumpa przed zgodą na plan zawieszenia broni. Sam Trump stwierdził, że propozycja Iranu była „znacząca”, ale „niewystarczająca”.
Według New York Times irański plan zawiera między innymi trwałe zakończenie wojny zamiast samego zawieszenia broni, gwarancje niepowtórzenia ataku, zakończenie izraelskich ataków na Hezbollah w Libanie, zniesienie wszystkich sankcji, zakończenie blokady Cieśniny Ormuz oraz wprowadzenie opłaty tranzytowej przez Ormuz w wysokości 2 milionów dolarów za statek, dzielonej z Omanem. Irańska część dochodów z opłat miałaby zostać przeznaczona na odbudowę zamiast reparacji.
CYNICZNYM OKIEM: Iran żąda gwarancji bezpieczeństwa, zniesienia sankcji i opłat za przepływanie przez cieśninę, którą sam zablokował. To jak podpalacz żądający ubezpieczenia od ognia i prowizji od straży pożarnej za pozwolenie na gaszenie.
Znamienny jest jednak brak jakiejkolwiek wzmianki o limitach rakietowych, produkcji pocisków, wzbogacaniu uranu czy losie 500 kilogramów uranu, który Iran wzbogacił już do poziomu bliskiego militarnemu. Biorąc pod uwagę, że całe uzasadnienie wojny opierało się na powstrzymaniu nuklearnych ambicji Iranu i odebraniu mu zdolności do błyskawicznego wyprodukowania broni jądrowej, kwestie te będą prawdopodobnie dla Stanów Zjednoczonych niepodlegające negocjacjom. Ryzyko, że USA stracą cierpliwość i rozpoczną zmasowane ataki na irańską infrastrukturę energetyczną i transportową, jest bardzo realne.
NATO pęka w szwach – Europa mówi „to nie nasza wojna”
Podczas gdy krótkoterminowe skutki wojny dominują w dzisiejszych nagłówkach, implikacje długoterminowe mogą okazać się znacznie ważniejsze. Trump wielokrotnie krytykował w ostatnich dniach sojuszników z NATO za brak pomocy w wojnie z Iranem. Hiszpania, Francja i Włochy całkowicie zamknęły lub ograniczyły amerykańskie operacje wojskowe w swojej przestrzeni powietrznej, podobnie jak Austria.
Wielka Brytania początkowo zwlekała, po czym zaoferowała Amerykanom ograniczone wsparcie, stale podkreślając, że nie jest to wojna Brytanii i że nie bierze udziału w operacjach ofensywnych. Francja dołączyła niedawno do Rosji i Chin w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, aby zablokować rezolucję upoważniającą do siłowego otwarcia Cieśniny Ormuz – upierając się, że zostanie otwarta wyłącznie przy współpracy Iranu.
Działania te zostały przyjęte w Waszyngtonie z ogromnym rozczarowaniem. Wysocy urzędnicy publicznie kwestionują teraz strategiczny sens istnienia NATO dla Stanów Zjednoczonych. Argumentacja jest taka, że USA ponoszą ogromne koszty utrzymania baz i stacjonowania wojsk w celu ochrony Europy, a następnie są blokowane przez Europejczyków, gdy chcą wykorzystać te zasoby do własnych celów. Z perspektywy Waszyngtonu NATO to ulica jednokierunkowa.
W Waszyngtonie panuje głębokie przekonanie, że Europa od lat „jeździ na gapę” dzięki potędze militarnej USA, niedoinwestowując własne zdolności. Sam w sobie taki stan rzeczy może być trudny do przełknięcia, ale w połączeniu z europejskim moralizatorstwem na temat właściwego użycia siły militarnej staje się nie do zniesienia. Sytuacja ta przywraca również kwestię Grenlandii do gry, gdyż europejskie zapewnienia o dostępie do baz wydają się coraz mniej szczere.
Prezydent Francji Macron – świeżo po doświadczeniu osobistych zniewag ze strony Trumpa – powtórzył słowa premiera Kanady Marka Carneya, wzywając do ściślejszej współpracy średnich mocarstw, aby przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym i Chinom. Nie jest jasne, jak miałoby to działać, biorąc pod uwagę rozbieżne interesy potencjalnych partnerów i brak integracji gospodarczej między nimi. Stworzenie kompleksowej architektury zdolnej wytrzymać presję niedoszłych hegemonów wymagałoby wspólnej obrony, zrównoważenia przepływów handlowych i integracji rynków kapitałowych – a wszystkie te elementy wymykają się Unii Europejskiej od dziesięcioleci.
Financial Times i media australijskie publikują artykuły o gwałtownym wzroście popytu na pojazdy elektryczne, ponieważ szok naftowy skłania konsumentów do ograniczania ekspozycji na łańcuch dostaw ropy. Jednak być może najbardziej dotkliwą długoterminową konsekwencją wojny jest właśnie ten rozłam między Stanami Zjednoczonymi a sojusznikami.
CYNICZNYM OKIEM: Europa nie chce pomagać w wojnie, ale oczekuje, że Ameryka będzie ją chronić. Ameryka chce wykorzystywać europejskie bazy, ale obraża się, gdy Europa ma własne zdanie. Idealne małżeństwo – oboje czekają, aż to drugie przeprosi pierwsze.
Nie można zapominać, że kolejna wielka wojna wciąż toczy się na Ukrainie. Ukrainie udało się w ostatnich tygodniach wyrządzić znaczne szkody rosyjskiej infrastrukturze naftowej, nawet gdy reszta świata desperacko potrzebuje więcej ropy na rynku. Ukraina oferuje teraz swoją wiedzę w zakresie wojny dronów państwom Zatoki, podczas gdy Rosja nadal wspiera militarnie Iran. Europa i Stany Zjednoczone wciąż postrzegają to jako dwa odrębne konflikty, w których każda ze stron ma bezpośredni interes w jednym, ale nie w drugim. Gdy zbliżamy się do ostatecznego terminu eskalacji, wciąż pozostaje pytanie bez odpowiedzi – jeśli granice między tymi dwoma konfliktami będą się dalej zacierać i oba zleją się w jeden, kto wtedy powie „to nie nasza wojna”?



