Iran znów płonie – dosłownie i symbolicznie. Czwarty dzień ulicznych zamieszek przyniósł sceny, których Teheran chciał za wszelką cenę uniknąć: tłumy obywateli próbujących wedrzeć się do budynków administracji, starcia z policją, studenckie demonstracje na kampusach i coraz donośniejsze hasła o obaleniu rządu. To kolejna fala społecznego wybuchu w kraju, gdzie inflacja, sankcje i frustracja społeczna tworzą mieszankę coraz bardziej wybuchową.
Autor poleca: Izrael steruje protestami w Iranie? Mossad wzywa do buntu
CYNICZNYM OKIEM: Reżim, który od dekad obiecuje „sprawiedliwość społeczną”, właśnie przekonał się, że gniew ludu nie potrzebuje importu z Zachodu – rodzi się we własnym portfelu.
Od bazaru do ratusza. Reżim grozi, ale też słucha
Pierwsze protesty pojawiły się w niedzielę – paradoksalnie nie wśród opozycjonistów, ale wśród teherańskich handlarzy, którzy zamknęli sklepy po gwałtownym spadku wartości riala wobec dolara. Wystarczyło kilka dni, by strajk kupców przerodził się w ogólnokrajowy ruch sprzeciwu wobec władzy.

We wtorek protesty rozlały się na co najmniej dziesięć uniwersytetów – siedem z nich w samej stolicy. Historycy irańskich powstań wiedzą, że to moment przełomowy: gdy studenci wychodzą na ulicę, gniew ulicy zmienia się w ruch polityczny.
W środę wieczorem państwowa telewizja pokazała nagrania z miasta Fasa w prowincji Fars, gdzie tłum próbował sforsować bramę budynku lokalnego gubernatora. Władze nazwały demonstrantów „zorganizowanymi wichrzycielami”, ale ton komunikatów sugeruje, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Według źródeł Al‑Jazeery, wojsko w niektórych miastach weszło w otwarte spięcia z demonstrantami. Inne relacje – trudne do zweryfikowania – mówią o przypadkach fraternizacji żołnierzy z protestującymi.
Irański prokurator generalny Mohammad Movahedi‑Azad ostrzegł, że siły bezpieczeństwa „zdecydowanie odpowiedzą” na wszelkie akty przemocy, ale dodał też, że „pokojowe protesty są dopuszczalne”. To sygnał, że Teheran próbuje jednocześnie straszyć i uspokajać.
„Każda próba przekształcenia żądań ekonomicznych w narzędzie destabilizacji i sabotażu zostanie potraktowana z całą surowością prawa” – powiedział Movahedi‑Azad, sugerując, że za protestami mogą stać „zewnętrzne scenariusze”.
Z kolei rzecznik rządu zapewnił, że władze „z cierpliwością i uwagą wysłuchają społeczeństwa, nawet jeśli jego głos jest ostry”. W praktyce takie deklaracje w Iranie zazwyczaj oznaczają przedłużenie kontroli i selektywne represje.
CYNICZNYM OKIEM: W irańskim słowniku „cierpliwe słuchanie” oznacza zwykle pilny podsłuch i kilka dodatkowych kamer w dzielnicy.
Ropa, sankcje i głód. Kto naprawdę steruje gniewem?
Gospodarcze tło protestów jest oczywiste. Po latach sankcji USA i Unii Europejskiej irańska gospodarka krwawi – od sektorów finansowych po przemysł motoryzacyjny i lotnictwo. Rząd subsydiuje paliwo i podstawowe produkty, ale przy inflacji przekraczającej 50% nawet symboliczny chleb drożeje z tygodnia na tydzień.
Rial osiągnął właśnie historyczne minimum wobec dolara. Oficjalna narracja wini „wojnę gospodarczą Zachodu”, lecz coraz więcej obywateli widzi winowajcę w samej strukturze państwa, zdominowanej przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) – organizację o rozległych wpływach ekonomicznych, politycznych i militarnych.
Reżim zareagował klasycznie – oskarżeniem o „obce prowokacje”. Tym razem jednak podejrzenia mają realne tło. Niedawno izraelski wywiad Mossad opublikował w swoim perskojęzycznym koncie na X (dawniej Twitter) wiadomość: „Jesteśmy z wami na ulicach”. Wezwanie do protestów przez oficjalny kanał izraelskich służb było gestem o symbolicznym, ale i prowokacyjnym znaczeniu.
Teheran odczytał to jako otwarte poparcie dla sabotażu wewnętrznego – kolejną odsłonę „wojny cieni” z Izraelem, trwającej od czasu czerwcowego konfliktu, w którym izraelsko‑amerykańskie naloty sparaliżowały kilka irańskich baz i instalacji nuklearnych.
Zachodnie sankcje, izraelskie cyberataki i propaganda w sieci tworzą dla władz w Teheranie łatwy argument: „To nie bunt społeczeństwa, to operacja obcych wywiadów.” Jednak nie trzeba Mossadu, by wywołać gniew społeczeństwa trzymanego latami w ekonomicznym potrzasku.
Media i mit „ostatniej bitwy”
W mediach społecznościowych opozycja na emigracji, w tym zwolennicy obalonej monarchii i organizacja Mojahedin‑e‑Khalq (MEK), rozpowszechnia nagrania z demonstracji, często okraszone hasłami o „finalnej walce z reżimem”.
Część materiałów została już zweryfikowana przez redakcję BBC Persian – protesty objęły miasta Karadż, Hamadan, Sziraz, Isfahan, Kermanszah, Jazd i wyspy Zatoki Perskiej. Policja użyła gazu łzawiącego, ale brak dotąd potwierdzonych doniesień o ostrym ogniu do demonstrantów.
Problem w tym, że działalność środowisk monarchistycznych może paradoksalnie osłabić lokalne poparcie dla protestów. W kraju, gdzie propaganda przez dekady budowała obraz „wrogiego Zachodu”, każde odwołanie do okresu przedrewolucyjnego wywołuje oskarżenia o zdradę. Już pojawiają się nagrania, na których młodzi Irańczycy spierają się między sobą, zarzucając innym „sympatie do Mossadu”.
Nie jest wykluczone, że wkrótce reżim zorganizuje kontrmanifestacje – podobnie jak w poprzednich falach protestów w 2019 i 2022 roku, gdzie pokaz „wiernych obywateli” miał przykryć skalę niezadowolenia.
CYNICZNYM OKIEM: W irańskich realiach każda demonstracja ma swoją demonstrację zaprzeczenia – i jedne, i drugie organizuje ten sam system.
Dzisiejszy Iran przypomina pacjenta w stanie chronicznego stresu politycznego. Po czerwcowej wojnie z Izraelem jego program nuklearny został cofnięty o lata, gospodarka chwieje się na krawędzi, a społeczeństwo jest przesycone strachem i paranoją.
Nowe protesty to nie tylko bunt przeciwko cenom – to symptom narodowej depresji, w której frustracja ekonomiczna i polityczna mieszają się ze strachem przed przyszłością.
Czy dojdzie do prawdziwego przełomu? Na razie władze mówią o „rozmowie i cierpliwości”, ale historia Iranu pokazuje, że cierpliwość władzy kończy się wtedy, gdy zaczynają się tłumy.
A te, jak widać, nie zamierzają się jeszcze rozejść.


