Donald Trump znów gra w swoją ulubioną dyscyplinę – polityczne salto w tył z przytupem. Jeszcze w sobotę nazywał kongresmenkę Marjorie Taylor Greene „zdrajczynią” i publicznie kpił z wdowca po zmarłej żonie kolegi z Partii Republikańskiej. Powód? Oboje należeli do grupy czterech republikanów, którzy naciskali, by Izba Reprezentantów wymusiła na Departamencie Sprawiedliwości ujawnienie akt Jeffreya Epsteina.
A już w niedzielę, jak gdyby nigdy nic, Trump ogłosił, że… popiera ujawnienie tych samych dokumentów.
Autor poleca: Jeffrey Epstein posiadał 577 mln USD. Jak zbudował fortunę bez firmy?
CYNICZNYM OKIEM: W polityce konsekwencja jest jak szczerość w kampanii – szkodliwa, jeśli stosowana zbyt długo.
„Nie obchodzi mnie!” – czyli gdy jednak obchodzi
Na Truth Social prezydent napisał:
„Republikanie w Izbie powinni zagłosować za ujawnieniem akt Epsteina, bo nie mamy nic do ukrycia. Czas zakończyć tę demokratyczną mistyfikację!”
I dodał z zapałem: „NIE OBCHODZI MNIE TO!”

Rzecz jasna, jego wcześniejsze zachowanie wskazywało na coś dokładnie odwrotnego – obchodziło go na tyle, by ekskomunikować sojuszników, gdy tylko wspomnieli o konieczności głosowania nad ustawą.
Za kulisami mówi się, że Trump po prostu zorientował się, jak bardzo pomylił nastroje swojego elektoratu. Konserwatywna baza wściekła się, gdy próbował zamieść temat Epsteina pod dywan. W epoce, gdy każde milczenie interpretuje się jako winę, nawet Trump musiał odwrócić kurs, zanim jego wyborcy zapytali, czego właściwie boi się prezydent, który „nie ma nic do ukrycia”.
Epstein – duch, który nie przestaje straszyć
Od lat nazwisko Jeffrey Epstein działa w amerykańskiej przestrzeni publicznej jak zaklęcie, które rozkłada na łopatki każdego polityka – niezależnie od partii. Wokół miliardera i przestępcy seksualnego gromadzili się prezydenci, finansiści, miliarderzy i celebryci. Każdy z nich zarzeka się dziś, że nie wiedział, kim Epstein naprawdę był.
Trump też kiedyś należał do tego kręgu. Ich przyjaźń zakończyła się gwałtownie, gdy Epstein miał rzekomo pomagać demokratom w sprawach wymierzonych przeciwko Trumpowi. Do dziś pozostaje tajemnicą, ile pism i e-maili łączy obu panów, a ile mogłoby pogrzebać reputację wielu wpływowych ludzi w Waszyngtonie, Londynie czy Nowym Jorku.
Dlatego głosowanie nad pełnym ujawnieniem akt Epsteina nie jest jedynie gestem wobec przejrzystości. To otwarcie politycznej puszki Pandory, w której każdy może znaleźć coś o sobie.
Massie, Greene i niewygodne pytania
Thomas Massie – kongresmen z Kentucky – razem z demokratą Ro Khanną zaproponowali projekt ustawy wymuszający publikację pełnych akt FBI i DOJ dotyczących Epsteina. Massie zdobył wymagane 218 podpisów, omijając sprzeciw przewodniczącego Izby, Mike’a Johnsona. Głosowanie ma odbyć się w tym tygodniu – a jego wynik może zaważyć nie tylko na reputacjach polityków, ale i na jedności Partii Republikańskiej.
Greene, do niedawna lojalistka Trumpa, mówi dziś otwarcie:
„Zawsze byłam po stronie prawdy. Jeśli ktoś obawia się, że te dokumenty ujrzą światło dzienne, to może właśnie dlatego powinniśmy je ujawnić.”
Jej słowa spotkały się z falą nienawiści online i, jak twierdzi, pogróżkami śmierci.
Trump, zapytany o to przez dziennikarzy, odparł chłodno:
„Nie sądzę, by jej życie było w niebezpieczeństwie. Nie sądzę, by ktokolwiek się nią przejmował.”
CYNICZNYM OKIEM: W polityce amerykańskiej lojalność trwa do momentu, aż przestajesz być użyteczna – wtedy zostajesz „zdrajczynią”, ewentualnie „nikim, kim ktokolwiek się przejmuje.”
Co naprawdę ukrywają akta Epsteina?
Masowe udostępnienie maili i dokumentów przez spadkobierców Epsteina potwierdziło, że finansista utrzymywał kontakty z politykami każdego obozu. Wśród nazwisk przewijają się: Bill Clinton, Larry Summers, Reid Hoffman, ale też osoby, które jeszcze niedawno należały do otoczenia Trumpa.
W jednym z ujawnionych wątków e-mailowych Epstein wymieniał wiadomości z kongresmenką Stacey Plaskett (Demokratka z Wysp Dziewiczych) podczas przesłuchań Michaela Cohena w 2019 roku. Ironia losu? Plaskett wcześniej pracowała dla lokalnego rządu, który przyznał Epsteinowi ulgi podatkowe, a potem zrobiła karierę jako polityczka nadzorująca jego archipelagowe imperium.
Podział w GOP wokół tej sprawy ma mniej wspólnego z Epsteinem niż z tematem tabu: wpływami Izraela na amerykańską politykę.
Zarówno Greene, jak i Massie byli wcześniej krytykowani za komentarze uznawane za „antysyjonistyczne”. Dziś część prawicowych mediów przedstawia ich jako zdrajców, inni – jako ostatnich republikanów, którzy nie boją się dotknąć „świętych krów” establishmentu.
Masie powiedział wprost:
„To może być ostatnia próba, by zatrzymać pełne ujawnienie. Te śledztwa to zasłona dymna.”
Trump oczywiście nie zamierza zająć strony, dopóki nie zobaczy, która przynosi więcej głosów.
Ciekawe jest również to, że Trump wypowiedział się na temat kontrowersji związanych z wywiadem Tuckera Carlsona z Nickiem Fuentesem, gospodarzem programu „America First”, mówiąc: „nie można mu mówić, kogo ma zapraszać… jeśli chce przeprowadzić wywiad z Nickiem Fuentesem, nie wiem o nim zbyt wiele, ale jeśli chce to zrobić, niech to ogłosi, niech mu pozwolą… ostatecznie to ludzie muszą zdecydować”.
Mistrz chaosu wraca do gry
Dla Trumpa cała afera ma też inny wymiar – osobisty. Po latach ataków ze strony mediów, które sugerowały jego bliskie relacje z Epsteinem, teraz ma okazję zagrać rolę „tego czystego” – człowieka, który nie boi się ujawnienia akt, bo „nie ma nic do ukrycia.”
Problem w tym, że zanim zagrał świętego, zdążył nazwać własnych sojuszników zdrajcami. Ot, klasyczny tydzień Donalda Trumpa.
Historia zwróciła się w ironiczny sposób. Politycy, którzy przez lata korzystali z blasku Jeffrey’a Epsteina, dziś licytują się w tym, kto bardziej chce „przejrzystości”. A społeczeństwo, karmione fragmentami raportów i memami z list pasażerów prywatnego odrzutowca, już nie szuka winnych – tylko rozrywki.
Wszystko kończy się jak zwykle:
Jedna strona będzie krzyczeć o „nadużyciach Demokratów”, druga o „hipokryzji Republikanów”.
Trump – jak zawsze – stanie w centrum i powie, że przewidział wszystko.
Bo w Ameryce prawda o Epsteinie to nie dokumenty ani zeznania. To kolejny sezon politycznego show, w którym wszyscy grają świętych – dopóki światła są włączone.


