Na papierze wszystko się zgadza. PKB rośnie w tempie ponad 4 %, inflacja jest niska, bezrobocie rekordowo niskie, a korporacyjne zyski biją historyczne rekordy. Według danych gospodarka USA powinna być w euforii. Tymczasem społeczeństwo pogrążone jest w pesymizmie: wskaźniki nastrojów konsumenckich spadły do najniższego poziomu w historii. Amerykanie mówią wprost – kraj przeżywa nie boom, lecz recesję codzienności.

Ekonomiści zaczęli więc używać nowego słowa: boomcesja, czyli „boom dla nielicznych, recesja dla reszty.”
Paradoks wzrostu i frustracji
W 2018 roku przeciętne realne wynagrodzenie rosło o 1,1 %. W 2025 roku – również o 1,1 %. A jednak wtedy konsumenci byli zadowoleni, dziś są wściekli. Coś więc nie gra – nie w liczbach, ale w sposobie, w jaki są interpretowane.
Modele, którymi posługuje się amerykańska administracja – zarówno pod rządami Demokratów, jak i Republikanów – powstały w czasach, gdy Ameryka była jedną gospodarką z jednolitym rynkiem i wspólnym losem. Dziś to system warstwowych baniek: Wall Street żyje w swojej, Dolina Krzemowa w swojej, a przeciętny pracownik – w świecie, którego ekonomiczne wskaźniki nie są w stanie oddać.

Kiedy „wydatki konsumenckie” są pułapką
Dla ekonomistów rosnące wydatki konsumentów to znak siły. Ale współczesne „wydatki” coraz częściej przypominają przymusowe opłaty, nie zakupy z wyboru.
Przykład? Kategoria w danych o konsumpcji o nazwie „usługi finansowe bez opłat”. To eufemizm na… niskie oprocentowanie lokat. Gdy bank płaci klientowi znacznie mniej niż stopa rynkowa, różnicę statystycy uznają za „wydatki” konsumenta na darmowe usługi bankowe. W ten sposób Amerykanie „wydali” w 2025 roku ok. 600 miliardów dolarów – nie dlatego, że chcieli, ale dlatego, że banki mogły nieuczciwie zaniżać.
Podobnych absurdów jest więcej. Wzrost kosztów czynszów, opłat medycznych czy rachunków za energię powiększa PKB i tworzy złudzenie „silnego konsumenta”. W rzeczywistości to raczej podatki prywatne – nie produkt dobrobytu, ale cena ekonomicznej bezradności.
To właśnie te różnice między tym, jak ekonomia wygląda w arkuszach danych, a tym, jak się ją czuje w portfelu, budzą coraz większy gniew. W teorii „rosnąca gospodarka” ma poprawiać życie obywateli. W praktyce oznacza, że bogaci zarabiają na drożejących usługach, z których biedniejsi nie mogą zrezygnować.
Badania pokazują, że inflacja również nie jest symetryczna. Między 2006, a 2020 rokiem uboższe regiony USA doświadczały o 0,46 proc. wyższej rocznej inflacji w cenach żywności niż zamożniejsze. Innymi słowy – ten sam koszyk dóbr kosztuje przeciętnego mieszkańca Alabamy więcej niż menedżera w Seattle. To nie tylko różnica dochodów, ale nierówność siły nabywczej.
CYNICZNYM OKIEM: Dolar bogatego jest wart 105 centów, dolar biednego 80. Reszta to „magia wzrostu”.
Gospodarka jako iluzja moralna
Jednym z niewidzialnych motorów boomcesji jest inflacja monopolistyczna. Gdy banki, korporacje farmaceutyczne czy firmy energetyczne mają tak dużą pozycję, że nie muszą konkurować cenowo, mogą zwiększać marże bez ryzyka utraty klientów. Ich zyski stają się częścią wzrostu PKB, a zarazem źródłem realnej złości konsumentów.
Co więcej, narzędzia polityki pieniężnej – podwyżki stóp czy regulacje kredytowe – często nie dotykają sektora monopolistycznego, lecz uderzają w drobnych przedsiębiorców i kredytobiorców. W efekcie powstaje struktura gospodarki, która nagradza kapitał, a karze pracę.
Kiedy Simon Kuznets w latach 30. tworzył model mierzenia PKB, zakładał, że wzrost gospodarczy równa się wzrostowi jakości życia. Dziś ten związek dawno się rozpadł. W statystykach Ameryka rośnie dzięki branżom hazardu online, pornografii, oprogramowania subskrypcyjnego i „wartości danych” z serwisów społecznościowych.
Czy społeczeństwo staje się szczęśliwsze, gdy coraz większa część gospodarki opiera się na uzależnieniach, subskrypcjach i manipulacji uwagą? Według PKB – tak. Według ludzi – nie.

Trzy gospodarki, jeden kraj
Ameryka jest dziś trzema gospodarkami w jednym państwie. Jedna to korporacyjny raj z historycznymi zyskami i automatyzacją. Druga – środkowa klasa na kredyt, której każda podwyżka stóp procentowych ogranicza możliwości życia. Trzecia – sektor ubogi, dla którego wzrost cen żywności o 1 % jest większym wstrząsem niż wzrost PKB o 4 %.
To tłumaczy, dlaczego wskaźniki i nastroje idą w odwrotnych kierunkach. Gospodarka państwa rośnie, ale każda z tych trzech Ameryk żyje w innej walucie i w innej rzeczywistości.
Trump, obsadzając Kevina Warsha na czele Fedu, chce, by Amerykanie czuli, że kraj znów się bogaci. Ale żadne obniżenie stóp, żaden nowy wskaźnik nie rozwiąże faktu, że system gospodarczy oddzielił się od codziennego życia ludzi.
Trzeba zacząć mierzyć to, co naprawdę liczy się dla obywateli, nie dla tabel. Dopóki nie odważymy się przyznać, że realny dobrobyt nie równa się nominalnej produktywności, Ameryka będzie krajem, który świętuje wzrost, jedząc zupę z wykresów.
Boomcesja to nie paradoks – to diagnoza. I ostrzeżenie, że gospodarka przestała służyć społeczeństwu, gdy społeczeństwo przestało istnieć w jej równaniach.


