Gdy świat inwestuje miliardy w sztuczną inteligencję, Europa po raz kolejny zamienia innowację w biurokratyczny spektakl. W tym teatrze główną rolę gra Emmanuel Macron – prezydent bez narodu, menedżer bez firmy, wizjoner bez kapitału. Jego ostatni występ na platformie X pokazał więcej niż setki analiz ekonomicznych: oto kontynent, który udaje cyfrową potęgę, a działa jak państwowy teatr absurdu.
„Tak, dokładnie ten klaun uruchomi inwestycje za 30 milionów euro” – napisał Macron w odpowiedzi na szyderczy tweet izraelskiego inwestora, który kpił z francuskiego pomysłu na „rewolucję AI” o budżecie mniejszym niż kampania start-upu z Doliny Krzemowej. I tak, nieświadomie, francuski przywódca stworzył symbol całej unijnej dyletancji technologicznej – hybrydę buty i bezradności, grającą jednocześnie rolę promotora nowoczesności i ofiary własnych złudzeń.
CYNICZNYM OKIEM: Macron nie potrzebuje sztucznej inteligencji – jego kariera dowodzi, że naturalna naiwność może być równie skuteczna w sabotowaniu postępu.
Klaun w garniturze technokraty
Europejscy przywódcy chętnie odgrywają rolę chłodnych technokratów. Trzymają dystans, mówią językiem „zielonej transformacji” i „społecznej odporności”, a im bardziej są znienawidzeni, tym bardziej wydają się przekonani o własnej racji. Macron jest apoteozą tego stylu: polityk-emocja ukryty za maską rozumu, wrażliwy jak influencer, którego krytyka boli bardziej niż dane o inflacji.
Jego agresywne wystąpienia wobec USA i demonstracyjne uniezależnianie się od NATO kontrastują z cenzurą i nadzorem w kraju. Występuje jako obrońca wolności, podczas gdy jego rząd tłumi protesty i zamyka francuską debatę publiczną w algorytmicznej klatce. Ten rozdźwięk – między ambicją globalną a bezsilnością krajową – to właśnie syndrom Unii Europejskiej w pigułce.
W tej groteskowej logice prezydent Francji stał się symbolem „polityki clownów”: iluzji władzy, w której konferencje zastępują decyzje, a power-pointowa wizja gospodarki ma udawać rzeczywisty rozwój.
Minął rok od konferencji Choose France, podczas której Macron zapowiedział stworzenie francuskiej Doliny Krzemowej. Miały popłynąć „setki miliardów euro” z prywatnych źródeł, 50 miliardów z Abu Zabi, 20 z Brookfielda, a reszta z bliżej nieokreślonego „zaufania rynku”. Mija dwanaście miesięcy – i nic nie ruszyło, poza kolejną prezentacją w PowerPoincie.
W rzeczywistości Macron ma problem nie z pieniędzmi, lecz z samym modelem państwa, które wszystko chce kontrolować. W labiryncie unijnych regulacji prywatna inicjatywa staje się heroizmem, a inwestowanie – sportem ekstremalnym. Francja, mimo stabilnej energii z atomu, dusi się w paraliżu decyzyjnym. Niemcy, uzależnione od „zielonych dogmatów”, zrezygnowały z własnej przewagi przemysłowej. Sztuczna inteligencja w Europie przypomina więc paradoksalnego robota – włączonego, lecz ciągle czekającego na pozwolenie na działanie.
CYNICZNYM OKIEM: W Europie nawet entuzjazm wymaga zatwierdzenia przez komisję etyczną i konsultacji z trybunałem klimatycznym.
Tymczasem za oceanem
Kontrast ze Stanami Zjednoczonymi jest bezlitosny. W ubiegłym roku Ameryka przyciągnęła ponad 400 miliardów dolarów inwestycji w sektorze AI i centrów danych. Prezydent Donald Trump – wbrew europejskim paraliżom – deregulował rynek, obniżał podatki i wspierał powrót energii jądrowej. Giganci technologiczni tacy jak Meta czy Google zaczęli budować własne źródła energii, stabilizując w ten sposób narodową sieć elektroenergetyczną. W efekcie sektor technologiczny nie tylko rośnie, ale wzmacnia całą infrastrukturę kraju.
W tym samym czasie Bruksela wypracowuje kolejne kodeksy etyki sztucznej inteligencji, tak szczegółowe, że AI w Unii Europejskiej ma więcej obowiązków moralnych niż politycy.
Cyrk jako strategia przetrwania
Europejskie elity uwierzyły, że mogą planować innowację tak, jak planuje się budżet. W ich mniemaniu wystarczy „inicjatywa strategiczna”, by przywrócić konkurencyjność. W praktyce to biurokratyczne myślenie rozregulowało samą kulturę przedsiębiorczości. Społeczeństwo odzwyczajone od ryzyka, przedsiębiorcy zniechęceni przez regulacje, politycy sparaliżowani poprawnością – to przepis na cyfrową anemię.
Kiedyś Europa była laboratorium idei, dziś jest laboratorium procedur. A każdy nowy projekt poddaje się rytuałowi „okrągłego stołu” i konferencji prasowej, zanim powstanie jakikolwiek prototyp.
CYNICZNYM OKIEM: Europa tworzy raporty o przyszłości szybciej, niż przyszłość jest w stanie nadążyć za ich pisaniem.
Tweet Macrona był tylko symptomem – nie przypadkowym wybuchem emocji, lecz reflleksem systemowej bezradności. W świecie, gdzie amerykańskie korporacje trenują modele na miliardach danych, francuski prezydent trenuje cierpliwość opinii publicznej. Jego cyfrowa „rewolucja” służy raczej wizerunkowi niż innowacji – jest autoterapią polityka, który nie ma już realnych narzędzi wpływu.
Europa mogłaby wciąż konkurować – ma naukowców, kapitał, infrastrukturę. Brakuje jej jednego składnika, którego nie da się zapisać w rozporządzeniu: odwagi by działać, zanim powstanie konsensus.
A więc, póki co, kontynent trwa w cyfrowym przedstawieniu, w którym aktorzy uśmiechają się do kamer, udając, że scena się nie pali. I tylko publiczność coraz ciszej, ale coraz wyraźniej pyta: kto tu naprawdę gra klauna?


