Hiszpania zakończyła rok 2025 z inflacją wyższą niż większość państw strefy euro i z gospodarką, która – przynajmniej na papierze – ma się świetnie. Premier Pedro Sánchez nazywa to „hiszpańskim cudem”. W rzeczywistości to cud rachunkowy, oparty na długu, dopłatach i demografii. W kraju, gdzie realne płace spadły, koszty życia eksplodowały, a produktywność tonie, sukces jest tylko w statystykach.

CYNICZNYM OKIEM: Madryt odkrył, że wzrost można kupić – na kredyt od Brukseli i na koszt przyszłych pokoleń.
Inflacja – cichy kat klasy średniej
Od początku rządów Sáncheza ceny wzrosły o 24,8%, a produkty pierwszej potrzeby – nawet dwukrotnie bardziej. Mieszkania podrożały o 38%, media i czynsze o ponad 30%, a żywność o kolejne 38%. Badania tzw. „realnego koszyka zakupów” mówią wprost: codzienne wydatki mieszkańców wzrosły od 2019 roku o 40–60%.
W tym samym czasie pensje realne nie tylko nie wzrosły, ale spadły. CaixaBank szacuje, że siła nabywcza Hiszpanów zmniejszyła się o 0,3%, a jeśli doliczyć wyższe obciążenia podatkowe – nawet dwukrotnie bardziej. Rząd odmówił powiązania progów podatkowych z inflacją, więc im wyższe ceny, tym głębiej państwo sięga do portfeli obywateli.
Produktywność w recesji, gospodarka w iluzji
Władze chwalą się, że gospodarka rośnie szybciej niż średnia unijna. Ale tajemnica tego wzrostu ma trzy składniki: dług, imigrację i dotacje. Kiedy baza porównawcza to pandemiczne dno 2020 roku, każde odbicie można ogłosić triumfem.
Za 25% wzrostu PKB w ostatnich latach odpowiada wyłącznie wydatki publiczne finansowane z zadłużenia i unijnych funduszy. Reszta to efekt statystyczny – liczba ludności wzrosła o ponad 12%, więc w przeliczeniu na mieszkańca Hiszpania stoi w miejscu.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że w latach 2017–2026 realny PKB per capita wzrośnie zaledwie o 1,1%. To mniej niż wzrost populacji, co oznacza faktyczne zubożenie obywateli. W 2019 roku PKB na głowę wynosił 91% średniej unijnej, dziś spadł do 90%.
CYNICZNYM OKIEM: W Madrycie odkryto nową teorię dobrobytu – im więcej długu masz dziś, tym większe złudzenie bogactwa jutro.
Imigracja jako placebo. Bezrobocie schowane w tabelkach
Rząd przedstawia imigrację jako motor wzrostu. W praktyce jest to statystyczna aspiryna – łagodzi objawy, pogłębia chorobę. Większa liczba pracowników cudzoziemskich zwiększa nominalny PKB, ale nie poprawia produktywności. Struktura zatrudnienia ulega rozwarstwieniu: proste prace napędzają wolumen gospodarki, nie jej jakość.
Efektem jest model, w którym wzrost opiera się nie na wydajności, lecz na liczbie ludzi i euro z Brukseli. Jednocześnie rośnie napięcie społeczne – rynek nieruchomości pęka w szwach, a dostęp do usług publicznych staje się coraz trudniejszy.
Statystyki zatrudnienia są kolejnym przykładem kreatywnej księgowości. Reforma rynku pracy z 2021 roku nakazała zamianę umów czasowych w tzw. „ciągłe kontrakty tymczasowe”. Osoby z taką umową nie są liczone jako bezrobotne – nawet wtedy, gdy nie pracują, a pobierają zasiłek.
W efekcie w dziewięciu prowincjach kraju liczba pobierających zasiłek przewyższa liczbę oficjalnie bezrobotnych. Realny wskaźnik bezrobocia według niezależnych analiz wynosi 13,6%, wobec oficjalnych 9,9%.
Od 2019 roku liczba „poszukujących pracy, ale zatrudnionych na papierze” wzrosła trzykrotnie – z 280 tysięcy do niemal 900 tysięcy osób. W dodatku 44% wszystkich zarejestrowanych w urzędach pracy to ludzie, którzy formalnie nie są uznawani za bezrobotnych, choć nie mają zajęcia.
To nie rynek pracy, lecz statystyczne laboratorium propagandy.
CYNICZNYM OKIEM: Hiszpańskie ministerstwo pracy rozwiązało problem bezrobocia w jeden wieczór – zmieniając jego definicję.
Państwo dobrobytu z kredytu
Model Sáncheza opiera się na prostym mechanizmie: rosnące wydatki publiczne ukrywają spadek dochodu prywatnego. Każdy kryzys rozwiązuje się kolejną subsydią, dopłatą, ulgą lub unijnym transferem. Efekt? Zadłużenie rośnie o ponad 50 miliardów euro rocznie, a społeczeństwo zyskuje złudzenie bezpieczeństwa kosztem przyszłych pokoleń.
W ujęciu realnym Hiszpania jest mniej produktywna, bardziej zadłużona i bardziej uzależniona od Brukseli niż przed pandemią. Klimat polityczny sprzyja tej fikcji – socjalistyczny rząd udaje sukces, liberalna opozycja boi się go podważyć, by nie narazić się na zarzut „antyeuropejskości”.
Statystyczna ruina
Na papierze Hiszpania odzyskała dynamikę – w praktyce dryfuje w kierunku stagnacji. Bez dopływu unijnych euro i rosnącej imigracji zatkałaby się jak jej własny rynek pracy. Każdy wskaźnik, który rząd przedstawia jako sukces, ma drugie dno:
- „Wzrost PKB”? Wydatki publiczne.
- „Spadek bezrobocia”? Manipulacja definicją.
- „Społeczny dobrobyt”? Kredyt i inflacja.
Sánchez stworzył gospodarkę przypominającą dietę cud: działa tylko do momentu, w którym ktoś policzy kalorie.
Hiszpański „cud” jest mirażem, który zniknie wraz z końcem unijnych dotacji i taniego długu. Wtedy zimna statystyka ustąpi miejsca gorącej rzeczywistości – niższym płacom, droższemu życiu i rosnącemu gniewowi klasy średniej.
Ubóstwo Hiszpanów nie jest skutkiem globalizacji, inflacji czy wojny. Jest skutkiem polityki – długotrwałego eksperymentu, w którym ideologia zastąpiła ekonomię.
CYNICZNYM OKIEM: Madryt nie musi ogłaszać sukcesu gospodarczego – wystarczy, że zaklasyfikuje zubożenie jako nową formę wzrostu.


