Wyobraź sobie, że dwadzieścia procent światowego zużycia ropy przepływa codziennie przez pas wody szeroki w najwęższym miejscu na około 39 kilometrów, położony między Iranem a Omanem. Teraz wyobraź sobie, że ktoś postanawia ten pas zablokować. To nie scenariusz z powieści techno-thriller – to elementarz geopolityki energetycznej, o którym Europa lubi mówić jak najmniej.
Cieśnina Ormuz to drugi po Cieśninie Malakka kluczowy punkt światowego transportu morskiego surowców. Przez jej wody przepływa średnio nieco ponad dwadzieścia milionów baryłek ropy dziennie – około 26 procent światowego morskiego handlu tym surowcem i jedna piąta globalnego zużycia płynów ropopochodnych. Liczby robią wrażenie, ale to dopiero połowa historii.
Drugą połową jest gaz – i tu Europa ma znacznie poważniejszy problem, niż chce przyznać.
Ropa ma rurociągi, gaz ich nie ma
Zanim wybuchnie panika: blokada Cieśniny Ormuz nie odcięłaby Europy od ropy z dnia na dzień. Infrastruktura alternatywna istnieje. Rurociąg do Fujarah w Zjednoczonych Emiratach Arabskich pozwala ominąć Cieśninę, drugi – prowadzący do Yanbu w Arabii Saudyjskiej – omija dodatkowo Cieśninę Bab al-Mandab. Trzeci, znany jako SUMED, dostarcza ropę bezpośrednio na Morze Śródziemne z pominięciem Kanału Sueskiego. Europa importuje też znaczne ilości ropy z Norwegii i Stanów Zjednoczonych – łącznie około 30 procent dostaw w trzecim kwartale 2025 roku. Największy import z regionu Cieśniny Ormuz pochodzi z Arabii Saudyjskiej i stanowi zaledwie 7 procent łącznego importu UE.
Dla Polski obraz jest nieco inny – w 2025 roku z Arabii Saudyjskiej trafiło do nas 48 procent całkowitych dostaw ropy naftowej. Jednak, jak podkreślają eksperci, większość tych dostaw i tak omijała Cieśninę Ormuz rurociągami.
Problem zaczyna się przy gazie. Dla skroplonego gazu ziemnego nie ma infrastruktury alternatywnej – tankowce LNG z Kataru muszą przepłynąć przez Cieśninę Ormuz, nie mają obejścia. I tu tkwi sedno sprawy, którą analitycy energetyczni od dawna wskazują jako poważniejsze ryzyko niż rynek ropy.
Co prawda niemal 60 procent importu LNG do UE w trzecim kwartale 2025 roku pochodziło ze Stanów Zjednoczonych, a zaledwie 6 procent z Kataru. Ale Polska wygląda na tym tle gorzej – w 2024 roku 16 procent dostaw gazu do naszego kraju pochodziło właśnie z Kataru, a w 2025 roku terminal w Świnoujściu odebrał 16 z 81 ładunków skroplonego gazu bezpośrednio stamtąd.

CYNICZNYM OKIEM: Europa latami budowała narrację o dywersyfikacji dostaw energii – od Rosji do Norwegii, od Algierii do USA. W praktyce katar LNG przez Cieśninę Ormuz wciąż płynie do portów, a jedyna realna różnica polega na tym, że teraz nerwowo patrzymy w dwie strony naraz.
Morze Czerwone już pokazało, jak to wygląda w praktyce
Lekcji z potencjalnej blokady nie trzeba szukać w podręcznikach – wystarczy spojrzeć na to, co działo się w okolicach Cieśniny Bab al-Mandab i Kanału Sueskiego w latach 2023-2025. Ataki ruchu Huti na statki handlowe – ponad 120 incydentów – spowodowały, że wolumen ropy transportowanej przez Morze Czerwone w okolice Kanału Sueskiego spadł z 9,3 miliona baryłek dziennie w 2023 roku do 4,1 miliona w 2024 roku. Tranzyt przez Kanał Sueski obniżył się o ponad 45 procent.
Efekt był natychmiastowy: armatorzy masowo przestawili się na trasę dookoła Afryki, wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Wolumen ropy przewożonej tą alternatywną trasą wzrósł w tym samym czasie niemal dwukrotnie – z 6,2 do 9,3 miliona baryłek. Dłużej, drożej, ale bezpieczniej. Koszty tych decyzji poniosły ostatecznie europejskie firmy i konsumenci.
Na początku 2026 roku sygnały wskazywały na stopniową normalizację i powrót znaczenia Kanału Sueskiego – po nieformalnej umowie o nieatakowaniu statków przez Hutich w wyniku interwencji USA. Jednak zaufanie armatorów do bezpieczeństwa tego szlaku odbudowywało się znacznie wolniej niż sama infrastruktura.
CYNICZNYM OKIEM: Świat wydał miliardy na wojskowe eskortowanie tankowców przez Morze Czerwone, żeby gaz i ropa dotarły do Europy po cenie nieco niższej niż skandaliczna. To inwestycja w ropę naftową jako towar strategiczny – niemniej kosztowna niż panele słoneczne, za to mniej medialna.
Ceny, nie dostawy – właściwy powód do niepokoju
Dla Unii Europejskiej i Polski podstawowe ryzyko nie polega na fizycznym braku ropy czy gazu. Polega na cenie. Przy przedłużającym się konflikcie na Bliskim Wschodzie prognozy wzrostu cen gazu wahają się od 40 procent według El Pais do 130 procent według Goldman Sachs. To nie jest abstrakcja – to inflacja, wzrost kosztów produkcji przemysłowej, presja na rachunki gospodarstw domowych i komplikacje dla polityki monetarnej.
Pewnym buforem po stronie ropy jest zapowiadany wzrost wydobycia przez państwa OPEC+ od kwietnia o 206 tysięcy baryłek dziennie. Rynek gazu LNG takiego bezpośredniego mechanizmu stabilizacyjnego nie ma. Dokłada się do tego problem ograniczonych możliwości magazynowania surowców – przy nagłym zakłóceniu dostaw część instalacji przemysłowych może być zmuszona do wstrzymania produkcji, zanim rynek zdąży się dostosować.
Europejska dywersyfikacja energetyczna rzeczywiście zaszła dalej niż kilka lat temu – gaz z USA, ropa z Norwegii, rozbudowane terminale LNG. Ale geopolityczna architektura globalnego handlu surowcami przypomina układ naczyń połączonych. Zakłócenie w jednym punkcie podnosi ciśnienie w całym systemie – i zawsze o tym przypomina w najgorszym możliwym momencie.
Cieśnina Ormuz ma 39 kilometrów szerokości. Światowa gospodarka ma problem z tym, że nikt dotąd nie znalazł sposobu, by zbudować ją szerzej.


