Pod koniec 2025 roku Pekin złożył wnioski o rezerwację orbitalnych slotów dla niemal 200 tysięcy satelitów. Dokumentacja trafiła do Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej (ITU) i dotyczy dwóch systemów: CTC-1 oraz CTC-2, z których każdy ma obejmować 96 714 jednostek. Jeśli plan zostanie zatwierdzony, sieć ta przyćmi nawet Starlinka Elona Muska, a Chiny uzyskają de facto kontrolę nad znaczną częścią niskiej orbity okołoziemskiej.
Według chińskiego Instytutu Wykorzystania Widma Radiowego nowe konstelacje mają wspierać „bezpieczeństwo elektromagnetyczne przestrzeni powietrznej, zintegrowane systemy obronne oraz nadzór niskich wysokości.” Brzmi to znajomo – niemal jak amerykański projekt Starshield, stworzony przez SpaceX na potrzeby Pentagonu.
CYNICZNYM OKIEM: To już nie wyścig kosmiczny, lecz geopolityczna wersja Monopoly – kto pierwszy zajmie orbitę, ten rozdaje internet i patrzy z góry na resztę świata.
Strategiczny manewr czy orbitalny blef?
Oficjalnie projekt ma charakter cywilny, lecz nawet chińskie publikacje branżowe przyznają, że rola militarnych zastosowań jest oczywista. Współczesne konflikty – od Ukrainy po Bliski Wschód – pokazały, że satelity to nowe oczy i uszy armii, niezbędne do komunikacji, namierzania celów i prowadzenia wojen elektronicznych.
Tymczasem amerykańskie służby od miesięcy obserwują nietypowe manewry chińskich satelitów geostacjonarnych, które „ślizgają się” po orbicie, zachowując się jak systemy zwiadowcze, a nie telekomunikacyjne. Xi Jinping już wcześniej ogłosił, że przestrzeń kosmiczna to „strategiczny zasób narodowy, który należy chronić i wykorzystać” – a nowe projekty pokazują, że Pekin bierze te słowa dosłownie.
Problem w tym, że nawet w Chinach nikt nie wierzy, że ten plan da się szybko zrealizować. Aby faktycznie wynieść na orbitę 200 tysięcy satelitów, należałoby wystrzeliwać 500 tygodniowo przez siedem lat – tempo, którego nawet chińska inżynieria nie udźwignie.
CYNICZNYM OKIEM: Chiny nie muszą naprawdę budować tych satelitów. Wystarczy, że inni uwierzą, iż mogą – i ustąpią miejsca na orbicie, zanim rozpoczną grę.
Zdaniem ekspertów plan z grudniowych wniosków to największy w historii próbny „zajazd orbitalny.” Po rejestracji w ITU inne państwa i firmy będą musiały wykazać, że ich satelity nie zakłócają chińskich częstotliwości – co w praktyce może zahamować rozwój konkurencji.
To sprytna forma geopolitycznej blokady – nie z użyciem wojsk, lecz regulacji. W sytuacji, gdy infrastruktura satelitarna decyduje o dostępie do danych, łączności i bezpieczeństwa, kontrola pasma radiowego staje się bronią XXI wieku.
Jak stwierdziła Victoria Samson z Secure World Foundation, Chiny prawdopodobnie „rezerwują przestrzeń na przyszłość.” A jeden z chińskich menedżerów, Yang Feng ze Spacety, przyznał wprost: „Złożenie wniosków nie oznacza przewagi w ich realizacji.”
Oficjalnie więc to tylko plan. Nieoficjalnie – kosmiczny ruch z wyprzedzeniem, który może ustawić reguły gry na dekady. Bo w tym nowym wyścigu o orbitę nie chodzi o to, kto poleci wyżej, lecz kto pierwszy ustawi granice niewidzialnego imperium.


