Rok 2026 coraz wyraźniej rysuje się jako potencjalny punkt zapalny w relacjach między Pekinem, a Tajpej. Podczas gdy Stany Zjednoczone angażują swoje zasoby militarne na Bliskim Wschodzie, Chiny intensyfikują działania wojskowe w pobliżu Tajwanu, testując obronę wyspy i obserwując reakcje Zachodu. Scenariusz, który jeszcze niedawno wydawał się odległą hipotezą, nabiera niepokojąco realnych kształtów.
Sam Xi Jinping nadał ton tej narracji, opisując siłowe „zjednoczenie” Tajwanu z Chinami jako „nie do powstrzymania”. To nie była dyplomatyczna kurtuazja ani noworoczny frazes – to było de facto ogłoszenie strategicznego celu, który Komunistyczna Partia Chin traktuje jako kwestię czasu, nie zasady.
Trzy fronty, jedno supermocarstwo
Kluczowym czynnikiem, który może pchnąć Pekin do działania, jest bezprecedensowe rozproszenie amerykańskich sił zbrojnych. Wojna w Iranie, wsparcie dla Ukrainy i zobowiązania na Pacyfiku tworzą trójkąt, którego żadne mocarstwo nie jest w stanie obsłużyć bez poważnych kompromisów. Jak zauważa Asia Times, „cokolwiek USA robią w Iranie lub przekazują Ukrainie, nie jest dostępne do walki na zachodnim Pacyfiku”.
Sytuację pogarsza fakt, że regionalni sojusznicy Waszyngtonu nie są w stanie wypełnić powstającej luki. Japonia remilitaryzuje się, ale ma przed sobą daleką drogę. Korea Południowa, choć jest potężnym producentem broni, koncentruje się na zagrożeniu ze strony Pjongjangu.
Szczególnie wymowna jest postawa południowokoreańskiego prezydenta Lee Jae-myunga, który jeszcze jako kandydat stwierdził wprost, że „to, co Chiny robią z Tajwanem, nie jest sprawą Korei Południowej”. Trudno o jaśniejszy sygnał dla Pekinu, że w razie inwazji Seul pozostanie z boku.
CYNICZNYM OKIEM: Sojusznicy USA przez dekady chętnie korzystali z amerykańskiego parasola ochronnego, płacąc za to grosze. Teraz, gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że parasol jest jeden, a deszcz pada na trzech kontynentach jednocześnie.
Patrioty jadą na Bliski Wschód, a Azja zostaje z dziurą
Doniesienia z ostatniego tygodnia potwierdzają, że systemy obrony przeciwrakietowej Patriot oraz inna amunicja zostały przeniesione z Korei Południowej w celu wzmocnienia pozycji amerykańskich w Zatoce Perskiej. Południowokoreańskie media informowały, że baterie rakietowe wywieziono z bazy lotniczej Osan, a ich prawdopodobnym celem są instalacje w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Prezydent Lee starał się tonować nastroje, zapewniając, że Korea Południowa „jest w stanie odeprzeć wszelkie zagrożenia ze strony Korei Północnej, nawet jeśli Waszyngton przemieści broń stacjonującą w kraju”. Przyznał jednocześnie, że choć Seul wyraził sprzeciw wobec transferu uzbrojenia, nie jest w pozycji pozwalającej na stawianie żądań.
Minister spraw zagranicznych Cho Hyun potwierdził, że armie USA i Korei Południowej omawiają możliwość przebazowania systemów Patriot na Bliski Wschód. Na Półwyspie Koreańskim stacjonuje około 28 500 amerykańskich żołnierzy – każdy transfer sprzętu z tego regionu to sygnał, który Pekin z pewnością odczytuje uważnie.
Tymczasem tajwańskie ministerstwo obrony odnotowało gwałtowny wzrost chińskiej aktywności lotniczej w pobliżu wyspy. W samą sobotę wykryto 26 chińskich samolotów wojskowych, z czego 16 wleciało w Strefę Identyfikacji Obrony Powietrznej Tajwanu. Zaobserwowano również siedem okrętów marynarki wojennej. Ten nagły skok aktywności nastąpił po dwutygodniowym okresie względnego spokoju, co sugeruje celowe testowanie reakcji zarówno Tajpej, jak i międzynarodowej społeczności.
CYNICZNYM OKIEM: Chiny nie muszą nawet atakować – wystarczy, że pokażą, iż mogą to zrobić, podczas gdy Ameryka jest zajęta gaszeniem pożarów po drugiej stronie globu. Samo prężenie muskułów jest tu bronią strategiczną.
Półprzewodniki jako broń masowego, gospodarczego rażenia
Istnieje jednak wymiar tego konfliktu, który wykracza daleko poza geopolitykę militarną. Tajwan jest globalnym centrum produkcji półprzewodników, od których uzależnione są amerykańskie giganty technologiczne – Google, Apple i Amazon. Bez tajwańskich chipów firmy te znalazłyby się w fatalnej sytuacji.
Gdyby Chiny przejęły kontrolę nad tymi zakładami produkcyjnymi, konsekwencje dla globalnej gospodarki byłyby trudne do przecenienia. Pekin zyskałby nie tylko strategiczny atut wojskowy, ale przede wszystkim potężną kartę przetargową w przyszłych negocjacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Cofnięcie postępu technologicznego i pogrążenie zachodnich gospodarek to scenariusz, który powinien spędzać sen z powiek każdemu decydentowi w Waszyngtonie.
Do tego dochodzi kwestia ropy naftowej. Niemal całe chińskie zaopatrzenie w surowiec przepływa przez Cieśninę Ormuz – tę samą, która w kontekście konfliktu irańskiego staje się potencjalnym punktem zapalnym. Globalny deficyt ropy może paradoksalnie zarówno motywować, jak i hamować chińskie ambicje.
Wreszcie pytanie o eskalację. Gdyby USA i sojusznicy ruszyli na pomoc Tajwanowi, czy do walki dołączyliby sojusznicy Chin – Korea Północna i Pakistan, oba państwa dysponujące bronią jądrową? To perspektywa, która zamienia regionalny konflikt w globalny koszmar.
Scenariusz utajonej III wojny światowej rozgrywanej jednocześnie w Europie, na Bliskim Wschodzie i na Pacyfiku brzmi jak fabuła hollywoodzkiego blockbustera. Problem w tym, że aktorzy są prawdziwi, a stawką nie jest box office, lecz przyszłość światowego porządku. Każdy, kto ma udział w globalnej gospodarce, powinien życzyć sobie, by ten kryzys rozwiązał się pokojowo – raczej prędzej niż później.



