Międzynarodowy Fundusz Walutowy po raz kolejny próbuje zrobić coś, co brzmi jak żart: nakłonić Pekin do ograniczenia własnej produkcji. MFW ostrzega, że chińska polityka przemysłowych dotacji prowadzi do globalnej erozji przemysłu, a tanie towary z Państwa Środka – od samochodów elektrycznych po telewizory – zalewają światowe rynki szybciej niż ktokolwiek jest w stanie reagować.
Od lat Chiny inwestują miliardy w rozwój nadmiarowych mocy produkcyjnych, które już dawno przekroczyły możliwości krajowego popytu. To, co nie mieści się na rodzimym rynku, trafia za granicę – przede wszystkim do Europy. W styczniu liczba rejestracji chińskich aut elektrycznych na kontynencie zaskoczyła nawet branżowych analityków. To nie sukces zielonej transformacji, lecz sygnał, że europejski przemysł właśnie przegrywa wojnę, zanim na dobre się zaczęła.

CYNICZNYM OKIEM: Zachód przez dekady outsourcingował swoje fabryki do Chin, licząc na tanie towary i wysokie marże. Teraz zdziwienie, że Chińczycy nauczyli się robić to samo – tylko szybciej, taniej i na własny rachunek.
MFW w roli doradcy, którego nikt nie słucha
MFW, cytowany przez Financial Times, ostrzega, że chińskie wsparcie dla przemysłu tworzy „międzynarodowe napięcia i zaburzenia równowagi”. Pekin wydaje ok. 4% PKB na subsydiowanie kluczowych sektorów – od elektroniki po elektromobilność – i to właśnie te pieniądze napędzają eksport, który tłumi produkcję w innych krajach. Instytucja proponuje, by ograniczyć wydatki do 2%, ale to raczej apel o zmianę natury chińskiego modelu, nie tylko jego budżetu.
Według Sonali Jain‑Chandry z MFW, polityka przemysłowa „sprzyja innowacjom technologicznym, ale ogólny wpływ na gospodarkę pozostaje negatywny” z powodu „marnotrawstwa zasobów i nadmiernych inwestycji”. Tłumacząc z języka dyplomacji: Pekin produkuje za dużo, za tanio i zbyt skutecznie, co sprawia, że reszta świata wygląda jak uczniowie, którym zabrano zeszyty w połowie lekcji.
CYNICZNYM OKIEM: MFW może apelować, ile chce – to trochę jakby prosić ogień, żeby przestał być gorący, bo szkodzi ścianom.
Europa pod chińskim walcem
W efekcie w Europie rośnie zdenerwowanie. Emmanuel Macron mówi już wprost o „nieznośnych nierównowagach handlowych”, a przemysłowcy przestrzegają przed widmem deindustrializacji kontynentu, gdzie koszt energii i emisji dwutlenku węgla staje się kolejnym gwoździem do fabrycznej trumny.
MFW radzi Chinom, by przeszły na model gospodarki opartej na konsumpcji wewnętrznej – tyle że nikt nie wie, jak skłonić 1,4 miliarda ludzi do masowego kupowania, gdy kultura oszczędzania i nieufność wobec kredytu są zakorzenione głębiej niż sam komunizm.
Świat znalazł się w punkcie, w którym chińska nadprodukcja nie jest już problemem ekonomicznym, lecz geopolitycznym narzędziem wpływu. I choć MFW próbuje mówić o reformach, realia są prostsze: kto kontroluje fabryki, ten dyktuje warunki. To Pekin rozdaje dziś przemysłowe karty, a reszta świata gra już tylko o prawo do miejsca przy stole.



