Sprawa, która brzmi jak rozdział z podręcznika zimnej wojny, właśnie trafiła do raportów branży cyberbezpieczeństwa. Chińscy hakerzy włamali się do ambasady Kuby w Stanach Zjednoczonych i szpiegowali jej korespondencję w momencie, gdy prezydent Donald Trump groził Hawanie blokadą morską na wzór tej, jaką Waszyngton zastosował wobec Wenezueli tuż przed obaleniem Nicolása Maduro w wyniku amerykańskiej interwencji wojskowej. Skala operacji oraz timing pokazują, jak ściśle cyberszpiegostwo splata się dziś z dyplomatycznymi groźbami.

Według ustaleń firmy zajmującej się cyberbezpieczeństwem Gambit Security, cytowanych przez Bloomberga, „kampania rozpoczęła się w styczniu i objęła e-maile 68 urzędników, w tym ambasadora Kuby i zastępcę szefa misji”. Włamanie zbiegło się z okresem intensywnych tarć geopolitycznych, następując krótko po amerykańskim nalocie w Wenezueli i mniej więcej w tym samym czasie, gdy administracja Trumpa podjęła decyzję o wstrzymaniu dostaw ropy na Kubę, co przyczyniło się do powszechnych przerw w dostawie prądu na wyspie.
Jak intruzi dostali się do skrzynek dyplomatów?
Sposób przeprowadzenia operacji obnaża zaniedbania po stronie kubańskiej. Według ustaleń Gambit napastnicy ominęli zabezpieczenia ambasady, wykorzystując dwie pięcioletnie luki w przestarzałych serwerach pocztowych Microsoft Exchange. Po wejściu do systemu pobrali całe skrzynki odbiorcze należące do urzędników politycznych i wywiadowczych.
Skala działań sugeruje, że celem było zbudowanie pełnego obrazu sytuacji w kubańskiej misji w kluczowym momencie politycznym. Cyberszpiegostwo wciąż idzie w parze z dynamicznymi wydarzeniami geopolitycznymi i opisywanymi przez analityków „grami cieni” między rywalizującymi mocarstwami.
Kuba nie jest zresztą jedynym frontem tej rozgrywki na karaibskim podwórku Stanów Zjednoczonych. Rosja również została oskarżona o tajne działania w swojej dawnej placówce, leżącej zaledwie około 90 mil od południowego wybrzeża Florydy.
CYNICZNYM OKIEM: Trump grozi blokadą, Hawana grzęźnie w przerwach prądu, a chińscy hakerzy spokojnie czytają jej dyplomatyczną pocztę przez dziurę sprzed pięciu lat. Zimna wojna wróciła w wersji niskobudżetowej, z pominiętą aktualizacją systemu w roli głównej.
Co Pekin robi 90 mil od Florydy?
Agresywna ekspansja Chin na Kubie budzi rosnący niepokój od czasu przejęcia władzy przez administrację Trumpa. Obawy dotyczą tajnych operacji inwigilacyjnych wymierzonych bezpośrednio w Stany Zjednoczone, na co od dawna zwraca uwagę waszyngtoński think tank Center for Strategic and International Studies. Nowy raport Bloomberga zdaje się te ostrzeżenia potwierdzać.
Polityczna reakcja Kapitolu wpisuje się w narrację o systemowym zagrożeniu. Przewodniczący Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów Rick Crawford, republikanin z Arkansas, mówił mediom w zeszłym roku, że „zatruwający sojusz KPCh z Kubą stanowi od dziesięcioleci istotne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA”. Kongresmen wskazywał konkretnie na obecność chińskich służb na wyspie.
Crawford nie zostawił wątpliwości co do oceny tej obecności. „Ich domniemany udział w ośrodkach wywiadu sygnałowego na Kubie to jawne, nieukrywane, wrogie zachowanie wobec USA” – oświadczył. Działania Komunistycznej Partii Chin stają się, jego zdaniem, coraz bardziej zuchwałe i szkodliwe dla bezpieczeństwa półkuli zachodniej.
Z perspektywy Pekinu i Moskwy obraz wygląda jednak zupełnie inaczej. Stany Zjednoczone nadal są największym dostawcą tajnych operacji, cyberszpiegostwa oraz ukrytych inicjatyw „miękkiej siły” i kolorowych rewolucji na całym świecie. Propekińscy komentatorzy argumentowaliby, że Chiny muszą stać się bardziej biegłe w cyberszpiegostwie, jeśli chcą chronić swoje interesy narodowe za granicą, a Waszyngton w odpowiedzi nazywałby Pekin głównym sprawcą tych ataków.



