Joe Kent nie jest anonimowym komentatorem z marginesu polityki. To człowiek, który jeszcze kilka dni temu kierował Narodowym Centrum Zwalczania Terroryzmu, a teraz publicznie mówi swojemu byłemu szefowi coś, czego w Waszyngtonie niemal nikt nie odważy się powiedzieć na głos. W rozmowie z redaktorem serwisu antiwar.com Scottem Hortonem Kent stwierdził, że jedyną drogą do deeskalacji konfliktu z Iranem jest skonfrontowanie się z Izraelem – krajem, który wielokrotnie opisywał jako główne ograniczenie amerykańskiej strategii na Bliskim Wschodzie. „Uważam, że musi on zająć się kwestią izraelską w pierwszej kolejności oraz zażądać i zmusić ich do zaprzestania działań ofensywnych” – powiedział wprost.
Kent odniósł się do ostatnich wezwań Trumpa do powściągliwości, w tym żądania wstrzymania przez Izrael uderzeń na infrastrukturę energetyczną, ostrzegając jednak, że sama retoryka nie wystarczy. Dotychczasowe zachowania Izraela sugerują, że ustępstwa byłyby co najwyżej pozorne. „Jeśli powie im się, że muszą przestać, mogą wycofać się na tydzień lub dwa, ale nie będą cię słuchać” – ocenił.
Odebrać im zdolności – jedyny skuteczny środek nacisku
Kent nakreślił propozycję, która w waszyngtońskim establishmencie uchodzi za herezję: wycofanie amerykańskiego wsparcia defensywnego, dopóki Izrael nie przejdzie w pełni do postawy obronnej. „Musisz odebrać im zdolność do takich działań – nie będziemy was wspierać, dopóki prowadzicie ofensywę” – stwierdził.
Uzależnienie amerykańskiej pomocy od powściągliwości operacyjnej Izraela byłoby gigantyczną zmianą strukturalną w relacjach obu krajów. To krok, którego nie podjął żaden poprzedni prezydent z żadnej strony sceny politycznej.
CYNICZNYM OKIEM: Człowiek, który właśnie odszedł ze stanowiska w administracji Trumpa, publicznie mówi, że jego były szef prowadzi wojnę z wyboru w imieniu innego państwa. W Waszyngtonie taką szczerość nazywa się zwykle „końcem kariery”.
Kent argumentował, że cele końcowe Stanów Zjednoczonych i Izraela w Iranie nie są już zbieżne. Podczas gdy Waszyngton może dążyć do ograniczonych celów militarnych, ambicje Izraela opisał jako znacznie dalej idące.
„Izraelczycy chcą pełnej zmiany reżimu i mają bardzo wysoką tolerancję na chaos” – ostrzegł.
Konsekwencje takiego scenariusza byłyby według Kenta katastrofalne – od zwiększonego zagrożenia terrorystycznego na terytorium USA, przez kolejny kryzys migracyjny w Europie, po niemożliwe do utrzymania ceny ropy. „To byłoby absolutnie katastrofalne dla światowego handlu energią” – podsumował.
Wąskie okno, które się zamyka
Mimo eskalacji Kent wyraził przekonanie, że dyplomatyczne wyjście wciąż istnieje. Zasygnalizował, że zakulisowe negocjacje mogą już trwać, powołując się na publiczne wypowiedzi sekretarza skarbu Bessenta o ewentualnym zniesieniu sankcji na część irańskiej ropy znajdującej się na morzu.
„Uważam, że mamy obecnie duży potencjał, aby doprowadzić do tego porozumienia” – stwierdził, dodając że „tylko Donald Trump może to zrobić”.
CYNICZNYM OKIEM: Kent wierzy w Trumpa, którego właśnie oskarżył o prowadzenie cudzej wojny. Optymizm godny podziwu – albo desperacja godna współczucia.
Rdzeń argumentacji Kenta sprowadza się do jednego zdania: „Pozwalanie Izraelczykom na dalsze dyktowanie celów strategicznych nie służy narodowi amerykańskiemu”. Bez fundamentalnej zmiany polityki, ostrzegł, Stany Zjednoczone pozostaną uwięzione w cyklu eskalacji, którego głównym beneficjentem nie jest Ameryka.


